Dwa tygodnie w Chinach 1

Część 1. Pekin i okolice, dz. 1.

Na wycieczkę do Chin załapałem się w 2011 roku jako obstawa dla córki. Zasadniczo w tym kraju trudno się dogadać w jakimś języku poza miejscowym, a ten do łatwych nie należy, więc jako niedzielni turyści uznaliśmy, że najlepiej będzie pojechać w zorganizowanej grupie w ramach wycieczki z biura podróży. Miało to różne dobre i złe konsekwencje (do dobrych należało to, że w bardzo zatłoczonych miejscach wchodziliśmy jako grupa bez kolejki).

Po zerwaniu się w Warszawie rannym świtem i odsiedzeniu 7 godzin na Szeremietiewie między przylotem z Warszawy a wylotem do Pekinu (tak genialnie firma rezerwuje), zamiast kilku godzin drzemki/relaksu w hotelu zostaliśmy pogonieni przez pierwszy odcinek trasy. I tak zresztą wyglądała większość wycieczki – zwiedzanie w tempie zadyszkowym, mniejsza już, że w tłumie ludzi (Chińczycy od dekady namiętnie uprawiają turystykę, a mają co oglądać w swoim kraju), ale w temperaturze 32-35 gradusaw pa Celzju i przy wilgotności dochodzącej do 100%. Tempo dodatkowo nie pozwalało na choćby odrobinę refleksji, spokojniejsze przyjrzenie się na własną rękę chińskim cudom. Za to tempo zwalniało zawsze we wszelkich wytwórniach i fabryczkach typu plantacja herbaty, hodowla jedwabników, wytwórnia gadżetów z nefrytu (te zresztą była dla mnie najciekawsze) czy hodowla pereł. Obowiązkowo przy takich miejscach – prócz krótkiej prezentacji – mieliśmy multum czasu, szczególnie na zwiedzanie przyfabrycznych sklepów do dojenia turystów. Spokojnie mógłbym się obejść bez tego wszystkiego, no ale wiadomo że biuro stara się zarobić za wszelką cenę, na przykład za opłatą naganiając turystów handlarzom. To była w sumie jedyna istotna wada tej wycieczki, ale dość poważnie mnie zniechęciła do tego typu wyjazdów. Niestety na slow tourism Polska jest za biedna.

Trasa – dwa najdłuższe odcinki pokonywaliśmy nocnym ekspresem, odcinek Xi’an-Shaolin zwykłym pociągiem

Z Moskwy do Pekinu lecieliśmy Airbusem 320, w którym tak wygląda Economy Class – z każdego fotela dostęp do bezpłatnego banku filmów i gier. Gierki były banalne, ale filmów kilka zaliczyłem.

Plac Tian’anmen

Na początek zaserwowano nam Plac Niebiańskiego Spokoju, który tak naprawdę nie jest niczym nadzwyczajnym, tyle że sławnym i wielkim.

Po drodze – dawny pekiński dworzec kolejowy, aktualnie muzeum kolejnictwa.
Fotkę Bramy Niebiańskiego Spokoju, prowadzącej do Zakazanego Miasta i ozdobionej charakterystyczną gębusią Przewodniczącego, zna chyba każdy.

Prócz tego NA placu znajduje się tylko obelisk falliczny na cześć chińskiego ludu i postawione niedawno ściany z telebimami propagującymi chińską wielkość w formie filmów. I tu bez ironii – to jeden z nielicznych krajów, w którym nie jest to mania wielkości, tylko rzeczywistość. 1,4 mld ludzi, blisko 4 tysiące lat cywilizacji, ponad 2200 lat ciągłości państwa, a w ciągu ostatnich dwóch dekad NIEWIARYGODNY skok cywilizacyjny (jakim kosztem, to już inna sprawa).

Ostatnim elementem na Placu jest mauzoleum Mao. Niestety kiepsko go zamarynowali i się psuje, więc pokazują go tylko jeden dzień w tygodniu, kolejka jest wtedy na pół dnia, a zdjęć i tak nie wolno robić.

Dookoła placu stoją Chińskie Muzeum Narodowe, świeżo po remoncie (jak połowa tamtejszych zabytków, które w znacznej części są z drewna, a to w wilgotnym klimacie jest niespecjalnie trwałe; UNESCO przymyka oko na ten proceder, może dlatego, że renowacje są wykonywane z zastosowaniem starych, tradycyjnych technologii), dom zjazdowy ichniej partii pseudokomunistycznej (Wielka Hala Ludowa) oraz jedna z bram, które pozostały po murach miejskich. Same mury zostały rozebrane w czasach, kiedy Mao odrywał się od przeszłości i prowadził rewolucję kulturalną. To niewiarygodne, ale ten psychopata i kretyn pozwolił chińskiemu chłopstwu na korzystanie z Wielkiego Muru jako źródła materiałów budowlanych! I dlatego większość Muru jest dziś w opłakanym stanie, a turystów wpuszcza się głównie na kawałki najlepiej zachowane (i też miejscami „podrasowane”). Ale o samym Murze później.

Chińskie Muzeum Narodowe

Wstęp na plac jest pilnie strzeżony – władze obawiają się powtórki 1989 roku. Podobno połowa chińskich turystów pełzających po placu to tajniacy.

Świątynia Nieba, Cesarski Ołtarz Ofiarny w Pekinie

To jest – jak w przypadku wszystkich świątyń i pałaców, jakie zwiedzaliśmy – kompleks budynków w parkowym otoczeniu.

Świątynia obejmuje trzy główne części i znajduje się za Zakazanym Miastem. Cesarz przyjeżdżał do niej co najmniej raz, by modlić się o pomyślność państwa, a wielu nawet co roku. Pierwsza część to Pawilon Modłów o Dobre Zbiory.

Druga część to Pawilon Sklepienia Niebieskiego, otoczony okrągłym Murem Echowym (okrągłość symbolizuje niebo). Podobno na dziedzińcu panuje rewelacyjna akustyka, ale oczywiście w tłumie turystów nie da się tego sprawdzić.

Budynki Świątyni Nieba są pokryte niebieską dachówką, co również symbolizuje związek świątyni z niebem. Budynki cesarskie są kryte żółtą dachówką, a inne – zieloną (co będzie widać na zdjęciach z Zakazanego Miasta i innych świątyń).

Ostatnia część to Ołtarz Nieba, z punktem centralnym uważanym dawniej za środek Chin, a co za tym idzie – za środek całego świata. Ołtarz otoczony jest najpierw murem kwadratowym, symbolizującym ziemię, a potem murem okrągłym, symbolizującym niebo. I sam też jest okrągły.

Piec do spalania całopalnych ofiar ze zwierząt.

Kaczka po pekińsku

Na koniec dnia wybraliśmy się na tradycyjne i słynne pekińskie danie, czyli ową kaczkę. Innymi słowy, było to pierwsze starcie z pałeczkami (aczkolwiek w każdej restauracji i każdym barze są przygotowane sztućce dla barbarzyńców z zachodu).

Jeśli ktoś nieobeznany z chińską kuchnią, to informuję, że Chińczycy jedzą pałeczkami wszystko, włącznie z dość sporymi kluskami, naleśnikami i makaronem typu spaghetti (siorb siorb). Sama zaś kaczka po pekińsku to nie jest po prostu pieczona kaczka. Najpierw się ją marynuje, potem piecze w specjalnej panierce, potem kroi na cienkie płaty z paskiem skóry. Tak trafia na stół, gdzie dodatkowo podaje się ryżowe naleśniki, sałatę, plastry marynowanego ogórka oraz specjalny sos. I potem jedzący bierze na talerz naleśnik, kładzie na niego plasterek kaczki zamoczony w sosie, dodaje ogórek i sałatę, a potem kunsztownie zawija, żeby się to wszystko kupy trzymało. Ja nie mam chińskiej cierpliwości i nie jestem świstak, więc zawijanie szło mi słabo.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.