156. The Invincible

PC, PlayStation 5, Xbox X

Powieść „Niezwyciężony”, napisana przez Stanisława Lema na początku lat 60., należy moim zdaniem do najlepszych dzieł pisarza. Choć pod względem poziomu literackiego nie dorównuje „Solaris” (ani należącej do innego podgatunku fantastyki „Cyberiadzie”), to zalicza się do książek, które wyjątkowo dobrze zniosły próbę czasu, w przeciwieństwie do najwcześniejszych powieści Lema, takich jak „Astronauci” i „Obłok Magellana”, nie mówiąc już o „Człowieku z Marsa”. Częściowo wynika to na pewno z tego, że w okresie postalinowskim Lem nie musiał już składać daniny najlepszemu z możliwych ustrojów. Ani w „Niezwyciężonym”, ani w o parę lat wcześniejszym „Edenie” nie ma ani słowa o tym, jaki ustrój polityczny panuje na Ziemi (dodatkowo w tej drugiej książce mamy dość złośliwie brzmiące w socjalistycznym kontekście obruszenie bohaterów na manipulowanie historią i informacją).

„Niezwyciężony” zawiera za to jeden z najbardziej niezwykłych i najbardziej nośnych pomysłów Lema, ideę rozproszonej mechanicznej inteligencji i jej autoewolucji, która potem przewijała się kilkakrotnie w jego późnych książkach, w kontekście rozważań o tym, jak będzie wyglądać broń przyszłości. Spotykamy ją w „Wizji lokalnej” (nanomaszyny zwane bystrami), „Pokoju na Ziemi” (samoczynnie rozwijająca się inteligentna broń na Księżycu), „Weapon Systems of The Twenty First Century or The Upside-down Evolution” w zbiorku „Biblioteka XXI wieku” (ponownie samoewoluująca rozproszona broń przyszłości) oraz w „Fiasku” (gdzie Lem snuje przypuszczenia, jak taka broń mogłaby wyglądać w działaniu i jakie konsekwencje dla cywilizacji i sposobu prowadzenia wojny niosłoby jej powstanie). Co prawda chmura muszek z „Niezwyciężonego” nie została stworzona jako broń, a sama się bronią stała wobec konieczności rywalizowania o ograniczone zasoby z innymi maszynami i organizmami żywymi, ale nie ma to ostatecznie większego znaczenia, skoro skutek jest ten sam.

Oczywiście pewne realia przedstawione w tej powieści można uznać za niedzisiejsze – czytelnika nieobznajomionego ze starszą literaturą z pewnością zdziwi brak kobiet wśród czynnych bohaterów. W istocie ważnych kobiet w załodze nie ma chyba w żadnym beletrystycznym utworze Lema – nawet w „Obłoku Magellana”, opisującym z założenia wielopokoleniową wyprawę ludzi do Alfy Centaura, praktycznie wszystkie należące do załogi postacie kobiece pełnią role drugoplanowe. A w „Fiasku” Lem w bardzo obcesowy sposób wydrwiwa ideę uczestniczenia kobiet w międzygwiezdnych misjach, co nawet w połowie lat 80. brzmiało już… dziwnie. Nie chodzi przecież o to, by kobiety podczas wyprawy międzygwiezdnej tworzyły męskim astronautom dom, zapewniały seksualny komfort i rodziły im dzieci, tylko o to, by astronautki tak samo jak mężczyźni zajmowały się badaniami naukowymi, obsługą pokładowych urządzeń, pracami organizacyjnymi i tak dalej.

Na Niezwyciężonym służbę pełnią wyłącznie mężczyźni, a jest to służba przynajmniej częściowo wojskowa. Powieść nie mówi tego wprost, a na pokładzie znajduje się wielu naukowców, jednak statek, określony w pierwszym zdaniu książki jako „krążownik drugiej klasy”, ma znaczny potencjał bojowy, przewozi wiele maszyn zdolnych do walki, a jego załoga nosi broń. Wyraźnie sugeruje to jego przynależność do jakiejś formacji bojowej. Uczeni pełnią zasadniczo rolę służebną jako konsultanci, a na badania naukowe łaskawie się im pozwala, gdy nie przeszkadza to w wykonywaniu misji lub jest niezbędne do zdobycia informacji, które popchną ją do przodu. Zarówno dowódca, astrogator Horpach, funkcjonujący niczym „pan i władca na krańcu świata”, jak i bohater, którego oczyma obserwujemy rozwój wydarzeń, pierwszy oficer Rohan, traktują uczonych z góry. Postrzegają ich jako chętnych do zagłębiania się w akademickie rozważania teoretyków, którzy z rzadka jedynie są w stanie dostarczyć pewną odpowiedź na pytania nurtujące szefów misji (a że brak 100% pewności jest w nauce normą, bo musi nią być z zasady działania metody naukowej, to już ich nie obchodzi). W takim zachowaniu postacie te są antycypacją stosunku „normalnych ludzi” do uczonych, będącego plagą amerykańskiej fantastyki pseudonaukowej, głównie filmowej. Hollywood wyprodukował mnóstwo obrazów, w których uczeni „igrający z dziełem bożym” sięgają po władzę nad światem i/lub sprowadzają nieszczęście na całą ludzkość, Amerykę albo przynajmniej załogę statku czy bazy, w których prowadzą swoje powodowane pychą mózgowców eksperymenty. Klasycznym przykładem takiego filmiszcza jest „Ukryty wymiar” („Event Horizon”, 1997) z Samem Neilem jako szalonym naukowcem i Laurencem Fishburnem jako dzielnym chłopakiem z US Army, który musi robić po nim porządek.

Misja tytułowego krążownika polega na odkryciu tajemnicy zaginięcia siostrzanej jednostki, Kondora, który poleciał – właściwie nie wiadomo po co – na suchą i skalistą planetę Regis III, i tam ślad po nim zaginął. Do regionalnej bazy dotarł jedynie sygnał świadczący, że załodze przytrafiło się coś strasznego. Zatem wysłano za nim drugą jednostkę, najpotężniejszą z pozostałych. Niezwyciężony po krótkich poszukiwaniach odnajduje zaginionego Kondora i potwierdza to, czego się i tak wszyscy spodziewali: że statek padł ofiarą nieokreślonego ataku, a przebywający na nim ludzie zginęli. Zginęli jednak w zaskakujący sposób – mianowicie umarli z głodu (mimo iż na statku znajdowały się obfite zapasy żywności), a przed śmiercią wszyscy najwyraźniej stracili pamięć i zapisane w ich mózgach umiejętności.

Dalsze poszukiwania na planecie prowadzą do odkrycia, że istnieje na niej życie, ale tylko w oceanach, w dodatku miejscowe zwierzęta boją się maszyn elektronicznych. Kiedyś istniało życie i na lądzie, ale nie wiedzieć czemu wyginęło. Ziemscy astronauci znajdują też pozostałości jakichś mechanizmów, wielkich układów logicznych, a przy okazji dowiadujemy się o Lyranach – cywilizacji istot rozumnych, która zamieszkiwała jeden z pobliskich układów słonecznych, ale wyginęła, gdy tamtejsze słońce przeszło w fazę nowej. Jest możliwe, że szukający ratunku Lyranie dotarli do układu Regis. Wkrótce potem jeden z ludzi badających planetę ulega wypadkowi, którego skutki przypominają to, co spotkało załogę Kondora: całkowita amnezja i cofnięcie w rozwoju do fazy niemowlęcia. Horpach z lekarzami pokładowymi Niezwyciężonego dochodzi do wniosku, że jest to wynik działania bardzo silnego pola magnetycznego – nie wiadomo jednak, skąd takie pole miałoby się na Regis III wziąć.

Dalsza eksploracja planety skutkuje bezpośrednim spotkaniem ludzi ze wspomnianymi muszkami. To określenie jest oczywiście przenośnią – tak naprawdę są to małe urządzenia zdolne do słabego oddziaływania na otoczenie, ale potrafiące też w razie potrzeby łączyć się ze sobą, co potęguje ich możliwości. Chmura milionów czy nawet miliardów muszek potrafi generować silne pola magnetyczne i wysoką temperaturę, a ich jednakowość, małość i wielość sprawia, że są prawie niewrażliwe na straty. Można do nich strzelać z tej czy innej broni, ale zniszczenie nawet setek milionów pojedynczych egzemplarzy niewiele znaczy dla całej chmury, bo te miliardy, które pozostały, i tak są w stanie unieszkodliwić każdego przeciwnika, prędzej czy później pozbawiając go rozumu, nieważne, czy biologicznego, czy cybernetycznego.

Chmura muszek niszczy kolejno dwa pojazdy latające Ziemian, potem ekspedycję badawczą, potem drugą ekspedycję wysłaną na ratunek pierwszej, wreszcie superpotężny pojazd bojowy o nazwie Cyklop. Jeden z naukowców Niezwyciężonego formułuje wtedy hipotezę, że muszki są końcowym, zwycięskim produktem martwej ewolucji, jaka rozegrała się na Regis III po awaryjnym lądowaniu statku Lyran, na którym przetrwały tylko roboty i komputery – i maszyny te musiały z konieczności, wobec niedostatku energii, rywalizować między sobą o jej źródła. Wbrew odruchowemu osądowi człowieka, który zawsze foruje inteligencję, walkę tę wygrały nie największe i najinteligentniejsze maszyny, ale te, które mogły się najszybciej reprodukować. Czyli względnie niewielkie i zbudowane na zasadzie umożliwiającej im prędkie zastępowanie utraconych „dronów” bez uszczerbku dla swoich możliwości.

Tak powstały muszki, które wydoskonaliły się w sztuce energooszczędnego unicestwiania wrogów organicznych i nieorganicznych, opartej na zasadzie, że wystarczy wroga pozbawić rozumu, a sam zginie (w podobny sposób działają niektóre ziemskie pasożyty, w których interesie jest wystawienie aktualnego żywiciela na śmierć zadaną przez następnego żywiciela w ich cyklu rozwojowym). A wniosek, jaki z tej hipotezy wypływa, mówi, że ludzie nie mają nic do roboty na Regis III, a próba pomszczenia na muszkach śmierci kilkudziesięciu astronautów miałaby tyle samo sensu, co chłosta wymierzona przez Persów morzu, które podczas wojny z Grekami zniszczyło mosty będące dla ich armii drogą z Azji do Europy…

Streściłem powieść Lema dość dokładnie, żeby pokazać, iż ma ona potencjał. Moim zdaniem to jeden z nielicznych utworów Lema, które stanowią niemal gotowy scenariusz na hollywoodzkiego blockbustera. A przy okazji mają niezłe zadatki na grę. Grę akcji, zapewne z elementami RPG, być może z kawałkiem otwartego świata – bo ten gatunek znakomicie się ostatnio sprzedaje. Co natomiast otrzymaliśmy od studia Starward Industries? Walking simulator, czyli symulator spaceru, albo – jak napisał Rysiek Chojnowski w swojej recenzji na Steamie – „ekspozycję w galerii, gdzie przechodzimy od jednego stanowiska do drugiego, naciskamy przycisk, słuchamy komentarza i idziemy dalej”. Ale może nie uprzedzajmy wypadków.

Fabularnie gra ma jedynie nieliczne punkty styczne z powieścią. Gramy uczoną z załogi małej sondy o nazwie Ważka, która przylatuje na Regis III przed wydarzeniami z „Niezwyciężonego” – po zaginięciu Kondora, ale przed przybyciem na planetę statku posłanego mu na odsiecz. Ważka w ogóle miała wracać „do domu” (na Ziemię?) i zawiązanie akcji z lekka zalatuje „Obcym”, bo tam też kosmiczni truckerzy zostali nagle zatrzymani w swojej podróży do domu. Zabawnym pomysłem jest oparcie niektórych nazwisk postaci z gry (np. Spluskas) na personaliach pracowników studia.

UWAGA SPOJLERY! Kto jeszcze ma zamiar zagrać, może poprzestać na oglądaniu obrazków i przejść od razu do podsumowania.

Dr Yasna budzi się ni z gruchy ni z pietruchy na powierzchni planety (nie wiedzieć czemu – w pełnym skafandrze kosmicznym, choć z książki wiemy, że nie jest tam potrzebny, wystarczy maska tlenowa). Jej historię poznajemy powoli w ramach retrospekcji uruchamianych aktywowaniem tego czy innego przedmiotu. Do niektórych scenek przerywnikowych twórcy gry nawet powsadzali kwestie dialogowe z powieści… jednak zabrakło tam bardzo przecież istotnego rozważania, dlaczego atmosfera planety nie wybucha, mimo iż stanowi mieszaninę piorunującą metanu z powietrzem.

Ogólnie rzecz biorąc gra bywa solidnie na bakier z naukową poprawnością, co wydaje mi się niestosowne w przypadku gry reklamującej się jako „based on iconic S. Lem’s book”. Według dr Yasny Regis III powinna być rajem, który tętni życiem, podczas gdy w książce jest wyraźnie powiedziane, że gwiazda Regis jest już stara i świeci zbyt słabo (ciekawe, że to właśnie pokazano w grze). Podczas przedzierania się przez labirynt jaskiń bohaterka znajduje też ogromne szkielety jakby dinozaurów – natomiast Lem pisze tylko o znalezieniu prymitywnych (a więc względnie niewielkich) gadów, które pojawiły się na lądzie na krótko przed unicestwieniem życia przez muszki.

Mimo iż zawarty w atmosferze planety metan powodowałby narkotyczne oszołomienie oddychającego nią człowieka, na niektórych zdjęciach widzimy ludzi w skafandrach kosmicznych z otwartymi hełmami. A na niebie Regis III – w oryginale pozbawionej nawet naturalnego satelity – widnieją jakieś dwie wielkie planety, jedna z księżycem, a druga z pierścieniem. Nie trzeba chyba przypominać, że na ziemskim niebie nie widzimy żadnych, choćby małych dysków planetarnych, nie mówiąc już o takich, które kilkakrotnie przekraczałyby średnicę Księżyca. Planety są na to zbyt oddalone od siebie nawet w mikroskopijnych układach planetarnych w rodzaju słynnego TRAPPIST-1.

Kolejnym poślizgiem w kwestii naukowej wiarygodności jest przyczyna amnezji powodowanej przez muszki. Jak wspomniałem, Lem tłumaczy to błyskawicznym działaniem bardzo silnego pola magnetycznego, natomiast w grze mowa jest o polu elektromagnetycznym, dodatkowo o długotrwałym działaniu. Jest to o tyle absurdalne, że pod długotrwałym działaniem pól elektromagnetycznych człowiek znajduje się przez cały czas. I to niekoniecznie wtedy, gdy przebywa w pobliżu anten 5G – wystarczy siedzieć pod lampą, bo oscylacją pola elektromagnetycznego jest także światło…

Jednym z lejtmotywów gry jest retrofuturyzm, co jest pomysłem mało realistycznym. Nie da się bowiem polecieć do gwiazd za pomocą sprzętu z kineskopowymi monitorami i lampowych komputerów korzystających z taśm jako nośnika danych (OK, lampowy komputer MARAX był w „Astronautach”, ale tam lecieli tylko na Wenus). W dodatku twórcy wymyślili, że elektronika w świecie gry jest analogowa, za co pewnie oberwaliby lagą od Lema (który wymyślaniu komputerów przyszłości poświęcił sporo wysiłku opartego na swojej rozległej naukowej wiedzy). Działanie sprzętu analogowego jest obarczone zbyt wielkim marginesem błędu. Osoby pamiętające czasy analogowej telewizji być może przypomną sobie śnieżenie obrazu oraz niską jakość wizualną i dźwiękową audycji, co zmieniło się diametralnie po przejściu na technologię cyfrową. Można też porównać jakość dźwięku z kasety magnetofonowej i z kompaktu albo jakość obrazu z kasety VHS i z DVD. Oczywiście cały ten atompunkowy sprzęt analogowy został bardzo ładnie pokazany w grze, zwłaszcza wielkie pojazdy robią duże wrażenie.

Skoro już jesteśmy przy tym, jak gra wygląda, to wypada powiedzieć, że cała wygląda fenomenalnie. Twórcy znakomicie wykorzystali możliwości engine’u i stworzyli świetnie prezentującą się pustynną (w większości) planetę Regis III. Zarówno krajobrazy, jak i szczątki rodzimych struktur oraz pojazdy ludzi są wizualnie atrakcyjne i zachęcają do wytwarzania kolejnych pocztówek (gra ma tryb fotograficzny, który umożliwia uwiecznianie scenerii bez elementów wyposażenia dr Yasny, czyli mikrofonu i hełmu). Na dużą pochwałę zasługuje też ścieżka dźwiękowa autorstwa Brunona Lubasa, które świetnie wzmacnia nastrój i bardzo dobrze pasuje do gry. Można ją nabyć nawet całkowicie niezależnie, za pośrednictwem serwisu Bandcamp, jednak taniej wychodzi jej dokupienie do gry w odpowiednim serwisie dystrybucyjnym.

Pora jednak wrócić do fabuły. W trakcie rozgrywki prędko dowiadujemy się, że na Ziemi funkcjonują dwa stronnictwa, Sojusz i Wspólnota (w książce nie ma ani słowa na ten temat). My, tzn. załoga statku kosmicznego Ważka, do której należy dr Yasna oraz kilku innych naukowców, reprezentujemy Wspólnotę. Po drugiej stronie stoi Sojusz, będący właścicielem obu krążowników (tzn. Kondora i Niezwyciężonego). Jednak oba ugrupowania posługują się językiem angielskim i w miarę zbliżonym sprzętem.

Większość załogantów Ważki znalazła się na planecie wcześniej niż dr Yasna, ale potem kontakt się z nimi urwał, przez co dowódca Novik posłał na dół także naszą bohaterkę. Przez cały czas pozostajemy w kontakcie z Novikiem, który nawet czasem doradzi coś pożytecznego. Żeby nie spojlerować wszystkiego, napiszę tylko, że Yasna poszukuje i znajduje swoich kolegów i koleżanki, niektórych żywych, innych nieżywych, a przy okazji odkrywa to, co oni odkryli chwilę wcześniej: że na Regis III istnieje życie, aczkolwiek stłamszone, i że w wielu miejscach znajdują się jakieś tajemnicze metalowe konstrukcje, pochodzące z czasów sprzed przybycia ludzi. A konkretniej – sprzed wielu milionów lat. Te dziwne konstrukcje tworzą rozległe systemy tkwiące przeważnie pod ziemią, w tym nawet coś, co jest w grze określone jako „miasto”.

Mamy więc do czynienia z dwiema, a nawet z trzema zagadkami: kto tłamsi życie na planecie, skąd się wzięły metalowe konstrukcje i jakie było ich przeznaczenie oraz kto zrobił kuku naukowcom z Ważki i (jak się dowiadujemy później) także załodze Kondora.

O obecności innych być może żywych ludzi na planecie Yasna dowiaduje się właśnie w „mieście”, gdzie znajduje łazik Sojuszu. Pani doktor dociera nim do bazy założonej przez załogantów Sojuszu, co prawda opuszczonej, oraz kilku będących w takim samym stanie stanowisk wykopaliskowych, a potem tropi badawczy konwój sojuszantów, który uległ eksterminacji, bo został zastrzelony przez „zbuntowany” robotyczny miotacz antymaterii, zwany w grze antymatem.

Dr Yasna odkrywa, że konwój zdobył próbki muszek – i udaje się jej nawet znaleźć działający transporter, w którego ładowni część tych próbek została umieszczona. Bardzo inteligentnie Yasna aktywuje muszki zamknięte w pojemnikach, te zaś wzywają na pomoc większą liczbę swoich pobratymców, co kończy się szaleńczą ucieczką naszej bohaterki. Po raz drugi przy tym chmura nie pozbawia jej rozumu i tym razem nawet nie aplikuje lekkiej amnezji jak w pierwszym przypadku. Nie chcę nic sugerować, ale w powieści Lema Rohan ocalał podczas jednego z ataków muszek, bo po prostu osłupiał ze strachu i chmura uznała, że został już załatwiony…

Po zniknięciu chmury dr Yasna zauważa w bazie żywego człowieka, a potem odkrywa kryjówkę sojuszantów. Okazuje się, że jest w niej jeszcze trzech ludzi, choć niestety tylko jeden sprawny (dwaj pozostali są w stanie amnezji, tak jak ocalała część załogi Ważki), nazwiskiem Rohytra. W tym miejscu miałem taki przypadek, że gra się (po raz kolejny) nie zapisała, gdy myślałem, że się zapisała, i po jej wczytaniu następnym razem odkryłem, że muszę całą tę cholernie długą scenę dialogową przejść ponownie. Byłem wtedy o milimetr od rzucenia „Niezwyciężonego” w diabły.

Gdy Rohytra z Sojuszu bierze naszą bohaterkę do niewoli, mamy do wyboru przyznać się, że Ważka przyleciała na Regis III, bo wywiad Wspólnoty doniósł, że Sojusz wpakował się w jakieś tarapaty na planecie, albo iść w zaparte i twierdzić, że załoga Ważki miała jedynie prowadzić badania naukowe. Tak czy siak potem odkrywamy, że cała reszta załogi Kondora już zginęła, a Rohytra ma częściową amnezję i – niczym w „Dniu świstaka” – każdego ranka przeżywa ten sam dzień na nowo, i tak już czterysta sześćdziesiąt ileś razy. Potem odbywamy bitwę z chmurą, a gdy sytuacja robi się przykra, dokonujemy taktycznej rejterady na Kondora. Za pomocą latającego talerza, bo taki kształt (tu akurat zgodnie z powieścią) mają małe pojazdy latające Sojuszu.

Końcówka gry, która odbywa się na Kondorze, według mnie jest jej najlepszym fragmentem (niektórzy gracze skarżą się na Steamie, że Yasna i Novik mało się tu odzywają, co akurat odbieram pozytywnie). Statek Sojuszu jest gigantyczny, odpowiednio imponujący i bardzo ciekawie zaprojektowany. W grze aRPG można by z niego zrobić lokację na całe godziny badania… Znajdziemy tu pewne ślady obłąkania załogi znane z książki (np. nadgryzione mydło, bazgroły na ścianach oraz człowieka, który przypadkiem wlazł do hibernatora i nie umiał wyleźć, więc zamarzł), ale w bardzo niewielkim stopniu przypomina to przerażający stan, w jakim znaleźli Kondora ludzie z Niezwyciężonego w powieści.

Rohytra posyła do walki z chmurą Cyklopa, czyli supermaszynę bojową (u Lema był to płaski dysk, tu widzimy coś o kształcie grzyba), chmura unieszkodliwia Cyklopa i mamy wybór, czy zgodzić się na propozycję Rohytry, by znukować chmurę, czy posłuchać astrogatora Novika, który uważa, że nukowanie chmury nie ma sensu. W przypadku wybrania ataku jądrowego możemy za pośrednictwem naszej bohaterki uzasadnić to zemstą albo potrzebą ochrony istot żywych przed chmurą w przyszłości, kiedy muszki opanują podróże kosmiczne.

Dla porządku dodam, że w powieści opcja nuklearna jest rozpatrywana nie jako metoda bezpośredniej walki z chmurą, a sposób na zwiększenie zachmurzenia na Regis III do tego stopnia, by padła fotowoltaika zasilająca muszki (Horpach rezygnuje z tej możliwości na podstawie – według mnie słabo uzasadnionego – poglądu, że muszki wyjdą w kosmos w dalekiej przyszłości, jeśli w ogóle). Nukowanie oczywiście nic nie daje i po raz kolejny musimy się ewakuować. Na dziobie Kondora siada lądownik z Ważki i mamy kolejny „wybór”: albo odlecimy, nie czekając na Rohytrę z jego dwoma pozbawionymi pamięci kumplami, albo zaczekamy na niego, a wtedy muszki nas zmuszkują. The End.

KONIEC SPOJLERÓW

No i tak wygląda ta stracona szansa. Inni recenzenci, jak wspomniany przeze mnie Rysiek Chojnowski, krytykują liniowość gry, uskarżają się też na sztuczne wydłużanie rozgrywki przez straszliwe spowolnienie chodzenia i wspinania się, męczące nawet jak na symulator spaceru (możemy biegać, ale tylko przez kilka sekund, bo potem dostajemy zadyszki i obraz ciemnieje). Możliwości poruszania się są wysoce ograniczone – nie można podskoczyć ani wejść na wysokość kilku centymetrów w miejscach, w których twórcy tego nie przewidzieli, w wielu punktach trafiamy na niewidzialne ściany. Polscy gracze wytykają ponadto brak polskiego dubbingu, co jest o tyle istotne, że po dłuższym wysłuchiwaniu monologów dr Yasny jej głos zaczyna trochę irytować (albo to moje subiektywne uprzedzenie). Ja bym wskazał jeszcze dodatkowe wady:

1. Bohaterka cały czas mówi do siebie (albo nuci jakąś piosnkę ludową), zaś jeśli nie mówi do siebie, a my przez chwilę nie robimy tego, co mamy robić, to aktywują się irytująco powtarzalne dialogi bezczynności. Wszystkich tych dialogów jest w grze niewiele i słychać je po kilkadziesiąt razy…

2. Największą wadą gry jest system automatycznego zapisu. W ogóle moim zdaniem umieszczanie w grze systemu automatycznego zapisu gry jest w XXI wieku obciachem (chyba że jest to taki system jak np. w serii „Assassin’s Creed” albo „God of War”, który dokonuje zapisu praktycznie co chwila). Jeszcze pół biedy, gdy wiadomo dokładnie, KIEDY ów system automatycznego zapisu automatycznie zapisuje grę. Niestety to nie jest cecha systemu jakoby automatycznego zapisu zapisującego jakoby grę w „Niezwyciężonym”. W rzeczywistości nie bardzo wiadomo, kiedy gra jest zapisywana – owszem, na ekranie pojawia się odpowiednia ikonka, która jest jednak… subtelna i łatwa do przeoczenia. Dodatkowo od czasu do czasu na ekranie pojawia się inna ikonka, o wiele bardziej widoczna, która symbolizuje odblokowanie nowego paska komiksu. O ile sam komiks opowiadający fabułę gry jest bardzo ciekawym pomysłem, o tyle zupełnie bez sensu jest to, że pojawienie się jego ikonki najwyraźniej nie jest równoznaczne z zapisaniem gry. Na domiar złego gra nigdzie nie informuje, ile czasu upłynęło od ostatniego zapisu.

Ale dlaczego „Regisa”? Ta nazwa jest rodzaju żeńskiego, nieodmienna.

W rezultacie podczas kilkugodzinnej rozgrywki kilkakrotnie musiałem rozgrywać pewne fragmenty po raz drugi, co było szczególnie nużące, gdy były to fragmenty fabularno-dialogowe, których w ogóle nie można przyśpieszyć. W dodatku ten absurdalny system zapisu używa tylko jednego slota, więc jak się w czymś pomylisz i np. omskie ci się palec przy wyborze opcji dialogowej, to nie masz możliwości cofnięcia się przed feralny punkt. „Na szczęście” miejsc, w którym wybór gracza cokolwiek znaczy, nie ma w grze zbyt wiele (co jest zresztą charakterystyczne dla tego gatunku).

Wychodzi więc na to, że „Niezwyciężonego” można polecić głównie lubiącym SF flegmatykom, którzy na dodatek nie są wielkimi miłośnikami Lema. Ci bowiem znają tę powieść na pamięć i w zasadzie nic ich w grze nie zaskoczy. A i tak zalecałbym kupienie gry na promocji, bo przy pełnej cenie koszt godziny grania wypada zdecydowanie niekorzystnie.

[screenshoty własne]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *