Dolina Pałaców i Ogrodów 16

Dzień 6. – cd.

Następnym punktem programu po Cieplicach była wizyta w ogrodzie japońskim Siruwia na południe od Podgórzyna. Niestety skończyło się to rozczarowaniem. Zacznijmy od tego, że dojazd do owego ogrodu to jakieś kompletnie nieporozumienie, przynajmniej jeśli się ktoś nabierze, tak jak my, na tablice informacyjne ogrodu. W pewnym momencie wjechaliśmy na drogę bez nawierzchni, wijącą się serpentynami wzdłuż górskiego zbocza. Bardzo malownicza trasa, ale niezbyt bezpieczna, a gdybyśmy nie mieli samochodu z wysokim zawieszeniem, to kto wie, czy by się to nie skończyło uszkodzeniem podwozia. Jak już przebiliśmy się na miejsce, okazało się, że parking jest całkowicie zapchany samochodami. Ale tak na fest absolutnie. Kiedyś był większy, ale ktoś postanowił zabudować jego część i postawić tam ohydne plastikowe zjeżdżalnie. Dzięki temu powstał, cytuję za Google Maps, „Najwyższy plac zabaw na Dolnym Śląsku”. No bo wiadomo, że jadąc do ogrodu japońskiego czujemy nieodpartą potrzebę zdarcia sobie dupy na zjeżdżalni. Wzruszyliśmy więc ramionami i zjechaliśmy w drugą stronę, gdzie przynajmniej szosa była asfaltowa na całej długości. Jeśli ktoś z czytających postanowi zaryzykować, to ostrzegam – należy jechać wg GPS-u i w żadnym razie nie zjeżdżać z ulicy Żołnierskiej przy tramwaju.

Krzyżowa – zespół pałacowo-folwarczny

Po zjechaniu z ogrodu przejechaliśmy przez Jelenią i dalej drogą numer 3 na wschód, tym samym opuszczając Dolinę Pałaców i Ogrodów. W planie był jeszcze Kamieniec Ząbkowicki, gdyż koniecznie chciałem pokazać żonie tamtejszy pałac. A zatem Bolków, Świebodzice, Dobromierz, Świdnica i przy Świdnicy zjazd na Dzierżoniów. I przy drodze 382 prowadzącej do Dzierżoniowa (a dalej do Ząbkowic Śląskich) naszą uwagę zwróciły tablice „Pałac w Krzyżowej”. Szybka decyzja i zjeżdżamy do wsi, w której znajduje się dość w sumie słynny zespół pałacowo-folwarczny.

A słynny jest on z tego, że to tam premier Tadeusz Mazowiecki spotkał się w 1989 z niemieckim kanclerzem Helmutem Kohlem i odprawiono przy tym Mszę Pojednania, podczas której politycy przekazali sobie znak pokoju jako symbol nowego początku w dialogu polsko-niemieckim.

Pałac w Krzyżowej został wybudowany w początkach XVIII wieku dla rodziny von Zedlitz, tej od zamku we Wleniu, w miejscu XVI-wiecznego dworu zniszczonego w czasie wojny trzydziestoletniej. Po przebudowach w XIX wieku powstał obiekt w stylu neobarokowym o dość skomplikowanej bryle, z pięknymi schodami prowadzącymi do wejścia, które znajduje się na poziomie pierwszego piętra. Pałac mieści dziś sale konferencyjne.

Prócz tego zespół obejmuje wiele innych budynków rozmieszczonych na obwodzie prostokąta: m.in. stróżówkę, pralnię i wozownię. Między budynkami znajduje się wielki skwer. Obok czworoboku budynków wznosi się gotycki kościółek św. Michała Archanioła. Za pałacem znajduje się potok lub fosa teoretycznie połączone z pobliską rzeczką o nazwie Piława. Można tamtędy przejść przez park i dotrzeć do pobliskiego dworku zwanego Domem na Wzgórzu.

Kamieniec Ząbkowicki – pałac

Z Krzyżowej mieliśmy już względnie niedaleko do Kamieńca Ząbkowickiego, w którym znajduje się niesamowity pałac Marianny Orańskiej (po drodze z żalem minęliśmy Ząbkowice Śląskie, które też zdecydowanie zasługują na wizytę).

Marianna Orańska (1810-83), a konkretnie Wilhelmina Frederika Louise Charlotte Marianne, była królewną niderlandzką, córką króla Wilhelma I Orańskiego. Jeśli ktoś pamięta, że w XVII wieku niejaki Wilhelm (III) Orański został królem Anglii i Szkocji, i zdziwi się numeracją, to powiem tylko, że wg Anglików Wilhelm III jest Wilhelmem II, a nasz Wilhelm I był w istocie Wilhelmem VI. Eeee macarena.

Marianna jest postacią interesującą. Miała z pewnością ciekawe, choć nie całkiem szczęśliwe życie. Początkowo zaręczona z księciem szwedzkim Gustawem Wazą, ostatecznie wyszła za mąż za ciotecznego brata (mówiąc prościej, kuzyna) Albrechta Pruskiego. Przeciwko związkowi z Wazą protestował ówczesny król Szwecji.

Małżeństwo z pruskim księciem było w najlepszym razie średnio udane. Co prawda para dochowała się pięciorga dzieci, ale jaśnie pan ruchał, co się ruszało, a Marianna nie potrafiła się przystosować do życia rządzonego pruskim drylem – czemu naprawdę trudno się dziwić. W 1838 roku Marianna została właścicielką dóbr kamienieckich i zleciła zaprojektowanie i budowę pałacu.

Obiekt, który powstał, jest absolutnie niezwykły. Na górze Zameczno wzniesiono budynek na planie prostokąta o rozmiarach około 75 na 48 metrów. W narożach prostokąta wznoszą się okrągłe wieże o wysokości prawie 34 m. Wewnątrz znajdują się dwa dziedzińce o wymiarach 20 na 18 metrów, przedzielone arkadowym przeszklonym krużgankiem.

Pałac łączy w sobie elementy neogotyku, renesansu i architektury mauretańskiej. Prócz wież jego charakterystyczną cechą jest podwójna kolumnada tworząca portyk wejściowy, na którym wspiera się taras. Otacza go ogromne dawne założenie parkowe (dziś częściowo już zdziczałe), a od podnóża góry prowadzą ku pałacowi schody z szeregiem tarasów i fontann, niestety w większość już nieczynnych, a wręcz zdewastowanych.

Całość została najpierw splądrowana przez Armię Czerwoną (podobno wywieziono 17 wagonów wyposażenia), potem dwukrotnie podpalona, następnie jeszcze dodatkowo pozbawiona marmurowych posadzek i innych marmurowych elementów (no bo cały kraj odbudowywał swoją stolicę – podobno kamienieckie marmury można znaleźć m.in. w Pałacu Kultury i Nauki).

Gdy byłem w Kamieńcu Ząbkowickim pierwszy raz na początku lat 80., stały tu jedynie obdrapane mury. W 1984 roku wydzierżawiono pałac prywatnemu przedsiębiorcy (prawdziwy ewenement za PRL-u), który rozpoczął prace renowacyjne. Niestety nie wszystkie jego pomysły były sensowne – np. część ścian pokryto „freskami” o charakterze średniowiecznym, jakich nigdy w pałacu nie było. Po śmierci dzierżawcy w 2010 roku obiekt wrócił do gminy, która sukcesywnie go remontuje dalej. Dziś otynkowane są już w większości pomieszczenia na parterze, przeszklone okna; wyremontowano też taras widokowy nad portykiem. Prace postępują przez cały czas, a od 2013 roku pałac można zwiedzać grupami z przewodnikiem (wejścia co pół godziny).

No dobrze, a jakie były dalsze losy fundatorki obiektu? Marianna Orańska przyczyniła się do wzniesienia kilku innych budowli, np. pałacyku w Stroniu Śląskim, a także wybudowania całej sieci górskich dróg. Przyniosło to wielkie korzyści gospodarce regionu, zwłaszcza w połączeniu z innymi inicjatywami Marianny: założeniem huty żelaza w Stójkowie, huty szkła w Stroniu (działała do 2018 roku) i wielu mniejszych przedsiębiorstw.

Gorzej natomiast wiodło się jej w życiu osobistym. Zaniedbywana przez męża, zamiast cierpieć w milczeniu jak przystało przyzwoitej pruskiej kobiecie, spiknęła się ze swoim masztalerzem Johannesem van Rossumem (masztalerz to osoba zajmująca się końmi w stadninie lub dworze). Później ośmieliła się mieć z nim dziecko (syn Jan Wilhelm zmarł niestety w wieku 12 lat) i rozwieść z mężem (1848), a to już był dyzgust straszny, obraza majestatu i w ogóle makabra. Gdy czyta się dziś o szykanach, jakie spotkały ją ze strony moralnych dworów Prus i, o dziwo, nawet Holandii, po prostu włos się jeży na głowie. Zabroniono jej stykania się z dziećmi z małżeństwa z Albrechtem, kontaktów z rodziną, przebywania na terenie Prus dłużej niż jedną dobę, a nawet wchodzenia do pałacu w Kamieńcu normalnym wejściem! W związku z tym nakazała wykonać osobne wejście dla siebie przez okno na parterze jednej z wież (współczesną replikę można dziś zobaczyć). W 1853 roku Marianna kupiła pałac w czeskiej wsi Bila Voda, znajdującej się tuż obok granicy (w owych czasach prusko-austriackiej) i mogła stamtąd szybko dojeżdżać do swoich posiadłości w Kamieńcu i Stroniu. Zmarła w 1883 roku w innej swojej posiadłości, zamku Reinhartshausen w Hesji, i tam została pochowana obok swojego kochanka van Rossuma.

Na tym skończyła się wycieczka, ale myślę, że dalszy ciąg kiedyś nastąpi.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.