W krainie kwitnących samurajów 7

Dzień 4. Pagoda Chureito i brak Fuji

Dzień czwarty (mógłbym napisać, że był męczący, ale to już chyba rozumiecie 😉 ) upłynął pod znakiem góry Fuji. Wyjechaliśmy rano do Shimoyoshidy z przesiadką w Otsuce. W Shimoyoshidzie wysiedliśmy na malowniczej stacyjce z wieloma zaletami dla trainspotterów. Dokładnie oznakowaną dróżką ze zautomatyzowanym sklepem z owocami (automatyzacja działała tam tak: klient wybiera towar, wrzuca wyznaczoną kwotę do pudełka i automatycznie zabiera wybrany owoc) udaliśmy się do pagody Chureito, z której miał się roztaczać wspaniały widok na okoliczny pejzaż z górą Fuji. Pejzaż był, tylko bez góry – ale, jak mawia Wołoszański, nie uprzedzajmy wypadków.

Pagoda stała na górze. Co niestety oznaczało schody. Dużo schodów. Schody kamienne, schody metalowe i – najgorsze ze wszystkich – schody z drewnianych bali, które miały zatrzymywać między sobą gliniastą ziemię w razie deszczu, ale nie zatrzymywały. Dodatkowej rozrywki dodawały ostrzeżenia „turysto, nie daj się pożreć niedźwiedziowi!” Japonia jest pełna ostrzeżeń, a także instrukcji – np. w każdym ekspresie z miejscówkami znajduje się (oraz jest podawana przez głośnik) instrukcja, jak się zachować, żeby ustąpić miejsca pasażerowi posiadającemu rezerwację. Na szczęście widoki były piękne, więc nie wkurzyło nas nawet to, że weszliśmy niepotrzebnie jakieś 50 metrów za daleko. Był tylko jeden problem – w miejscu, gdzie miała być góra Fuji, siedziały gęste chmury.

Wróciliśmy więc na stacyjkę, wsiedliśmy w kolejny pociąg i pojechaliśmy do Kawaguchi, miasteczka turystycznego nad jeziorem, niedaleko którego stoi (podobno) góra Fuji. Zaczęliśmy od rejsu stateczkiem po niezwykle malowniczym, otoczonym górkami jeziorze Kawaguchiko. I oto stał się cud (nie nie, nikt nie zaczął chodzić po pal… po wodzie) – pogoda się zlitowała, rozwiała nieco chmur, i odsłoniła JĄ. Górę. Fuji, znaczy. Albo Fudżi, Fudżi-san, Fudzi-no-takane. Ta ostatnia nazwa oznacza odkrywczo „wysoki szczyt Fudżi”, co nie dziwi, gdyż mierząc 3776 m npm., jest to najwyższa góra Japonii. Przy okazji – to czynny stratowulkan, czyli wulkan tarczowy, podobnie jak słynny Olympus Mons na Marsie (tylko trochę niższy, bo marsjański Olimp ma wysokość 25 km). Jej zbocza sięgają daleko i można na nich rozpoznać małe stożki wtórne. Ostatni raz Fudżi wybuchła na początku XVIII wieku. W okolicach góry znajduje się pięć jezior, wodospady i słynny las Aokigahara (do którego niestety nie pojechaliśmy). Fudżi – nawet widoczna tylko fragmentarycznie – robi niesamowite wrażenie swym ogromem. Przy odpowiedniej pogodzie widać ją nawet z Tokio.

Kolejnym punktem programu był wjazd kolejką linową na jedną z okolicznych gór, z której też można (czasami) podziwiać Fuji. Czasami podziwialiśmy, poświęciliśmy też odrobinę uwagi znajdującej się na górze świątyni królika. Po zjechaniu na dół ruszyliśmy na poszukiwania lunchu, a następnie pobliskiego muzeum dżemu, tzn. sorry, Yamanashi Gem Museum, które chciałem obejrzeć z oczywistych powodów. Niestety, okazało się, że muzeum jest w środy zamknięte 😐 Potem napaliłem się w jednym z okolicznych sklepów do dojenia turystów na dużą kulkę z pięknego czerwonego minerału. Ale przeszło mi natychmiast po poznaniu ceny, która wynosiła 68 tysięcy jenów (czyli około 2500 zł).

Następnie poszliśmy na wcześniejszy pociąg powrotny i po przyjeździe do Tokio Magda wyciągnęła mnie do Kit Kat Chocolatery (która niestety okazała się malutkim stoiskiem w bardzo dużej, drogiej i ekskluzywnej galerii handlowej). Po drodze złapała nas potężna ulewa, więc całkowicie mokrzy i zmęczeni złapaliśmy taksówkę i wróciliśmy do hotelu. Jutro jedziemy do Matsumoto.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.