Gdzie nie było Atlantydy 1

Dzień 1. Santoryn/Fira

Moja poprzednia wizyta w Grecji miała miejsce w 2017 roku, więc zdążyłem już zapomnieć, że jadąc do tego kraju, należy się uzbroić w potężny zapas cierpliwości i wyrozumiałości. Grecy (mimo niespecjalnej zamożności) są zwolennikami luzu i żyje im się przyjemnie, gorzej natomiast, kiedy ten luz „unieprzyjemnia” ci życie. Pomijając najważniejszą komunikację (samoloty, promy, statki) ten kraj działa na zasadzie „może być”. Wywaliło mi tylną szybę w aucie? Może być, będzie lepsza cyrkulacja powietrza, jak otworzę szyby w drzwiach. Nie ma rozkładu jazdy na przystanku autobusowym? Może być, i tak nikt by go nie przestrzegał, a autobus przecież jeździ co pół godziny (tak przynajmniej powiadają starzy górale). Spłuczka w toalecie cieknie? Może być, wystarczy zakręcać zawór wody i odkręcać go na chwilę tylko w razie potrzeby. Połowa żarówek w pokoju nie działa? Może być, przecież działa druga połowa. Nie ma ciepłej wody? Może być, przecież jest upał. I tak dalej.

Dodatkową wadą Grecji jest jej wysoki stopień zmotoryzowania połączony z fatalnym stanem technicznym większości pojazdów. Powoduje to, że nie tylko człowiekowi towarzyszy wszechobecny smród spalin (zresztą tak samo śmierdzi na statkach i promach, co wobec siły wiatru jest już naprawdę dużym osiągnięciem), ale w zestawieniu z ograniczoną liczbą chodników przy ulicach spacer i przejście na drugą stronę stają się sportami ekstremalnymi, zwłaszcza w nocy. Pieszy jest intruzem, nie ma co marzyć o tym, by kierowcy zatrzymali się nawet przed bardzo nielicznymi przejściami (zebry są prawdziwą rzadkością nawet w miejscach, gdzie ruch pieszy dominuje). Kierunkowskazów prawie się nie używa, chyba że jako światła awaryjne w momencie, kiedy kierowca musi pilnie stanąć w absurdalnym miejscu np. przed sklepikiem, w którym kupi sobie papierosy. Spacery to jakiś wymysł północniaków, niech siedzą w tawernach i łażą po promenadach z masą sklepików, tubylcy muszą zarobić. Z drugiej strony życie w Grecji pod względem zarobkowym nie wygląda różowo, pensja minimalna wynosi obecnie 400 euro i niełatwo o stałe zatrudnienie (w regionach turystycznych większość rzeczy działa tylko przez pół roku). Ogólnie kraj po bankructwie jest biedny, szkolnictwo kiepskie, komunikacja publiczna bardzo ograniczona (oni rozjeżdżają sobie miasta, miasteczka i wsie za pomocą nieprawdopodobnej liczby skuterów, motorów, quadów oraz rupieci czterokołowych), specjalistyczne szpitale tylko w większych miejscowościach (podobno na całych Cykladach nie ma oddziału położniczego), starsi ludzie przeważnie na utrzymaniu dzieci. Warto się temu przyjrzeć, bo i my będziemy mieli podobnie.

Dobra, dosyć narzekania. Grecja jest krajem fantastycznym i wartym wielokrotnych odwiedzin – zróżnicowana przyroda, niesamowite widoki, świetna kuchnia (odpowiada mi o wiele bardziej niż włoska), uśmiechnięci ludzie, widoczne na każdym kroku ślady przeszłości, często bardzo starożytnej… Oczywiście zdecydowanie należy unikać miesięcy wakacyjnych, bo wtedy jest morderczy upał i masa ludzi (choć z tego, co mówią przewodnicy, sytuacja nie wróciła jeszcze pod tym względem do „normy” przedpandemicznej).

Archipelag Cyklad, którego nazwa pochodzi słowa cyklos (krąg – chodzi o „krąg” tworzony przez wyspy wokół Delos), liczy ok. 220 wysp i wysepek, w znacznej części pochodzenia wulkanicznego. Trzy największe to Naksos, Andros i Paros; słynny Santoryn jest dopiero 10 (a i to licząc łącznie wszystkie 5 wysp składających się na kalderę), a Delos, w starożytności ośrodek religijny i handlowy, jest całkiem malutka.

Jako niedzielny turysta, wybrałem się na objazdówkę z biura podróży (którego nazwy nie podam, bo raczej był to nasz ostatni kontakt), łącznie 8 dni. Miałem okazję odwiedzić Naksos, Paros, Santoryn, Delos, Mykonos, Tirasję, Nea Kameni i Palea Kameni (te trzy to małe wyspy w kalderze, przy czym na tej ostatniej to w zasadzie nie postawiłem nogi). Objazdówka jak to objazdówka, ma swoje wady i zalety. Do zalet należy oczywiście to, że wszystko jest zorganizowane, co w przypadku podróży po archipelagu jest bardzo istotne, bo człowiek nie musi się przejmować kupowaniem biletów ani na ogół wystawać w kolejkach. Wadami są loteryjne hotele – tu było lepiej niż na Sycylii, gdzie większość pobytu spaliśmy w ładnym, ale fatalnym hoteliku pod Katanią, położonym na całkowitym zadupiu. Na Cykladach wylosowaliśmy jeden bardzo przyzwoity hotel – Nikos na Santorynie, niedaleko miasta Fira, zaledwie 10 minut od lotniska, dzięki czemu transfery były bezstresowe. Drugi hotel, w mieście Naksos, wyglądał fantastycznie, ale połowa rzeczy w pokojach nie działała. Mieliśmy wykupione obiadokolacje, co wyszło na dobre szczególnie w Naksos, gdzie tawerny były naprawdę super. Na Santorynie było trochę gorzej, tawerna była najbardziej „lokalsowa”, a posiłki skromniejsze. W tych naprawdę godnych polecenia tawernach (i kafejkach) dostaje się do zamówienia butelkę wody gratis, co ma niebagatelne znaczenie w upale.

Pierwszy dzień wycieczki to było w zasadzie pół dnia. Przylecieliśmy na Santoryn wczesnym popołudniem (drugie większe lotnisko w okolicy jest na Mykonos – to na Santorynie ma podobno jeden z najkrótszych pasów startowych), po czym większość czasu do kolacji zajęły sprawy organizacyjne (ale zdążyliśmy jeszcze zaliczyć basen w hotelu). Po kolacji natomiast wybraliśmy się do pobliskiego miasta Fira (jakieś 25 minut spaceru), by z promenady obejrzeć zachód Słońca nad kalderą. A o co chodzi z tą kalderą (i Atlantydą), to już w następnym odcinku.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.