322. Karibibit

Karibibit jest rzadkim arsenianem żelaza, o wzorze Fe³⁺₃(As³⁺O₂)₄(As³⁺₂O₅)(OH), dawniej podawanym jako Fe₂As₄O₉ (i komu to przeszkadzało?). Jego nazwa co prawda może się kojarzyć z jąkającym się karibu, ale to mylny trop – pochodzi od lokalizacji charakterystycznej, zespołu kamieniołomów Karibib w Namibii (Afryka). Twardość 1-2, gęstość ok. 4,1 g/cm³.

Powstaje jako produkt wietrzenia lelingitu, który jest arsenkiem żelaza. Prócz Namibii znaleziono go w niewielu miejscach, m.in. na wschodnim wybrzeżu wyspy Kiusiu, na wyspie Wetar w Indonezji, w pobliżu Kordoby w Hiszpanii i Bellac we Francji, w regionie Telemark w Norwegii, a najwięcej stanowisk znajduje się w marokańskiej prowincji Zagora.

Karibibit należy do naszych ulubionych puchatków mineralogicznych i bardzo często tworzy efektowne skupiska drobnych, pomarańczowych lub żółtopomarańczowych igiełek, aczkolwiek fantastyczne wrażenie robi też niesamowite zdjęcie Gianfranco Chiccoliniego, na którym minerał przypomina jakąś roślinność.

Karibibit jest paramagnetykiem, czyli substancją uzyskującą właściwości magnetyczne pod wpływem zewnętrznego pola magnetycznego (jest to konsekwencja obecności żelaza). Zatem jest przyciągany przez magnes, a nie każdy metal może to o sobie powiedzieć. Np. cyna jest diamagnetykiem (substancją, które magnes nie przyciąga, a nawet odpycha) i tłumacze „Innowatorów” Isaacsona walnęli się tłumacząc tin na cynę we fragmencie „Wbijało się elektromagnes w deskę – wspominał. – Po włączeniu przyciągał kawałek cyny, co zamykało obwód” (s. 589). Otóż nawet jeśli w oryginale nie było zwrotu tin can, to i tak chodziło o kawałek puszki blaszanej (a więc wykonanej ze stopu żelaza), gdzie blacha jest pokryta cyną dla zabezpieczenia przed korozją. Podobny błąd popełnia moim zdaniem Polkowski w tłumaczeniu Potterów, używając sformułowania „cynowe kociołki”. Cyna ma temperaturę topnienia zaledwie 232°C, a otwarty ogień przy spalaniu drewna ma co najmniej 350°C, więc taki kociołek szybko by się stopił.

Strony od litoterapii twierdzą (nazywając zresztą minerał mylnie „karabibitem”, zapewne przez skojarzenie z pustynią Kara-kum), że karibibit ma jakoby ciepłe i słoneczne usposobienie, i napełnia jądro naszej jaźni złotym światłem, które prześwieca przez ciało na zewnątrz. No serio? Można by zaoszczędzić na żarówkach. Światło owo wygładza ostre krawędzie (mamy gdzieś ostre krawędzie? w którym miejscu?) niczym lód topniejący w słoneczny dzień. Łagodnie równoważy energię męską i kobiecą (oj, to by się przydało, zwłaszcza gdy kobieta dostaje napędu do przedświątecznych porządków), stymulując motywację i zwalczając depresję. Można go rzekomo używać do leczenia sezonowego zaburzenia afektywnego (SAD), a pewnie i zespołu niespokojnych nóg. Wspomaga system odpornościowy, biorąc na cel określone obszary do oczyszczenia i wyczyszczenia (w oryg. to cleanse and clear), stanowi też pomoc w zwalczaniu infekcji i chorób. Słowem kamień-szczepionka, byle nie stosować wewnętrznie, bo arsen jest trujący.

[zdjęcia za pośrednictwem strony mindat.org, autorzy: Christian Rewitzer × 3, Stephan Wolfsried, Christophe Boutry, Sergio Varvello, Jean-Marc Johannet, Gianfranco Chiccolini, Font Philippe & MicroMinéral Market Collection, Jesse Crawford, Vincent Bourgoin, SMS, Matteo Chinellato]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.