201. Jesienne porządki w grach, cz. 1.

Przeróżne symulacje powstają w ostatnich latach w wielkiej obfitości. Jak już kiedyś pisałem, można w tej grupie gier znaleźć wszystko: od symulacji bycia rolnikiem po symulator myjki ciśnieniowej, od symulacji remontowania domu po symulator kozy. Ciekawym zjawiskiem, które nadawałoby się do analizy psychologicznej, jest ogromna liczba tytułów symulujących zwykłe codzienne czynności, których na ogół nie lubimy wykonywać. Jak na przykład sprzątanie.

Symulatory sprzątania powstają w takiej liczbie, że spokojnie można powiedzieć, iż stanowią osobny podgatunek. Samych gier z cleaning w tytule jest w tej chwili na Steamie prawie 7 tysięcy, do czego można doliczyć jeszcze z 350 gier mających w tytule słowo cleanup. A to przecież nie wszystkie produkcje na ten temat – wiele z nich ma tytuły bardziej wymyślne. Wydawało mi się, że pierwszym symulatorem sprzątania był „Viscera Cleanup Detail”, ale zapytana o to sztuczna ćwierćinteligencja wyciągnęła jeszcze inny tytuł: „Kehrmaschinen-Simulator 2011”, czyli „Street Cleaning Simulator”, wydany w 2011 roku symulator zamiatarki ulicznej, który zasłynął z idiotycznej fizyki i noty 1,5/10 na portalu GameSpot.

Nie do końca bym się jednak z tym zgodził, ponieważ jest to raczej – a przynajmniej miał być – symulator pojazdu. Niemieckie studia wydały całe mnóstwo budżetowych gier tego typu, symulujących nie tylko autobus miejski, tramwaj, radiowóz, karetkę, taksówkę, śmieciarkę, ale także cięższe i bardziej specjalistyczne maszyny w rodzaju dźwigów czy koparek. Takie symulatory w dużo doskonalszych wersjach ukazują się zresztą do dziś, ale nie o nich chciałem pisać, tylko o grach z widokiem FPP lub 3PP, w których sprzątaniem zajmujemy się osobiście.

Pomijam przy tym gry, w których sprzątanie/porządkowanie nie jest główną aktywnością, takie jak: „WW2 Rebuilder” (2023), „I Am Future: Cozy Apocalypse Survival” (2024), „Survive the Fall” (2025), „Haunted House Renovator” (2025), „Cat Mail Co.” (2026), „Saloon Simulator” (2026). W międzyczasie znalazłem nawet grę o szukaniu igły w stogu siana (6 milionów źdźbeł) – „Find the Needle”. Napiszę tu też rzecz jasna tylko o wybranych symulatorach sprzątania – o tych, w które grałem, na ogół z dużą przyjemnością (nie o wszystkich, bo na poważne zagranie w te siedem tysięcy gier chyba by życia nie starczyło, zwłaszcza że ostatni z opisywanych tytułów oferuje duże pole do popisu). Spróbuję się też zastanowić, skąd bierze się popularność takich gier.

„Viscera Cleanup Detail: Shadow Warrior” (2013) i „Viscera Cleanup Detail” (2015)

Zaczniemy od „Viscera Cleanup Detail”, czyli sprzątania flaków (ang. viscera – wnętrzności), gry efemerycznego południowoafrykańskiego studia RuneStorm Games braci Richertów. Ta niezależna firma istniała do 2018 roku (taką datę nosi bowiem ostatni wpis na ich stronie internetowej oraz ostatni wydany produkt). Sytuacja „Viscera Cleanup Detail” jest odrobinę skomplikowana, ponieważ gdy pierwsza grywalna wersja ukazała się w 2013 roku, zauważyli ją ludzie z Flying Wild Hog, czyli twórcy serii nowych „Shadow Warriorów”. I w tym samym roku ukazał się crossover tych dwóch gier, zaopatrzony właśnie w podtytuł „Shadow Warrior”. Mieliśmy tam posprzątać ludzkie szczątki i usunąć krew ze ścian, podłóg i sufitów po jednej z ożywionych dyskusji toczonych za pomocą katan i innych ostrych narzędzi.

„VCD: Shadow Warrior” trudno jednak uznać za produkt udany (wytrzymałem może jakieś 20 minut). Była przede wszystkim reklamówką wydanego w tym samym 2013 roku rebootu serii starych FPS-ów, krótko żyjącym żartem. Fizyka rozgrywki była jeszcze niedopracowana, do sprzątania był tylko jeden poziom, a mechanika pozostawiała dużo do życzenia. Dziś zresztą nie można jej kupić osobno – otrzymuje się ją tylko w pakiecie z pierwszym nowym „Shadow Warriorem”. Podobny los spotkał inną „tematyczną” serii VCD, „Santa’s Rampage”, w której sprzątaliśmy flaki elfów i reniferów w tajnej bazie Św. Mikołaja na Biegunie Północnym.

Trochę inaczej wyglądała pełna gra opublikowana dwa lata później. Sprzątaliśmy w niej również flaki, ale w futurystycznej stacji kosmicznej, której poszczególne poziomy były mocno zróżnicowane. Prócz zwykłej części stacji zwiedzaliśmy m.in. kosmiczne więzienie, laboratorium, sekcję handlowo-rozrywkową, ogród albo fragment, w którym korytarze miały dziwnie organiczny wygląd. Gracz wcielał się w rolę kosmicznego ciecia, co poniekąd było powtórzeniem pomysłu z klasycznej serii przygodówek „Space Quest”, niezwykle sławnej w na przełomie lat 80. i 90. Jej bohater zajmował się jednak o wiele bardziej różnorodnymi działaniami, a sprzątaniem – raczej nie.

„Viscera Cleanup Detail” spotkała się z dużym uznaniem, zwłaszcza że umożliwiała też grę wieloosobową w trybie kooperacji, co jeszcze bardziej uprzyjemniało sprzątanie. Gra dostała dwa dodatki: „House of Horror” (gdzie sprzątaliśmy dość staroświecką posiadłość po masowym morderstwie, przy okazji próbując ustalić, co tam się w ogóle stało) oraz „The Vulcan Affair” (sprzątanie tajnej bazy superzłola, któremu niestety nie wypalił plan zdobycia władzy nad światem). Jednak po crossoverze z „Shadow Warriorem” jakoś nie miałem na to ochoty.

„No Place Like Home” (2022)

Opisuję te gry w stylu narnijskim, czyli w kolejności wydania, a nie w kolejności, w jakiej grałem (cykl baśni C.S.Lewisa jest zawsze publikowany w kolejności napisania, a nie w prawidłowej kolejności fabularnej – nawet w wydaniach zbiorczych!). Przychodzi teraz więc kolej na dwie gry z 2022 roku, a pierwszą z nich będzie „Nie ma to jak w domu”. Jest to setting postapokaliptyczny, ale w wersji soft: nie ma tam cierpienia, krwi ani oszalałych nomadów przemierzających dzikie pustkowia (© by Skipper). Planeta została zasypana odpadkami, cywilizacja niby się rozpadła, ale jakoś udało się przewieźć wszystkich chętnych na Marsa. Na Ziemi pozostali nieliczni, w tym nasza bohaterka, ale życie nie jest tu jakoś szczególnie ciężkie. Gra jest raczej relaksacyjna, choć wymaga determinacji w powtarzaniu tych samych czynności. Jak to podczas sprzątania.

Prócz sprzątania gra kładzie nacisk na fabułę: gramy młodą dziewczyną nazwiskiem Ellen Newland, która przyjeżdża na wieś do swojego dziadka, kiedyś znanego wynalazcy. Dziadek uparł się zostać na Ziemi i pracować nad jej oczyszczeniem, ale od razu na początku gry dowiadujemy się, że zniknął, a jego farma popadła ruinę, zwierzaki się rozbiegły, a wszystko zasypały śmieci.

Zasadniczo gra ma dość schematyczną budowę: mamy dostęp do jakiegoś obszaru, czyścimy go ze śmieci, zbieramy surowce, sadzimy odpowiednie rośliny na naszej farmie, budujemy mieszkanka dla zwierzaków i wabimy je. Gra jest podzielona na dni i konieczność obrabiania tego wszystkiego każdego dnia (sadzenie, podlewanie, karmienie, zbieranie plonów) dość prędko staje się nużąca, zwłaszcza że możliwości automatyzacji tych procesów były dość ograniczone. Musimy jednak bawić się też w rolnika, bo bez tego nie zdobędziemy surowców, które są wymagane do czynienia postępów w fabule. Dopiero ponad półtora roku po premierze wprowadzono więcej automatyzacji, ale ja skończyłem w to grać dużo wcześniej.

Możemy też odbudowywać niektóre domki, służące odtąd za bazy czy sklepiki, rozbudowywać i meblować nasz domek, a także gotować. OIDP gra zawiera ograniczone elementy walki.

Recenzujący „No Place Like Home” gracze narzekają na słabo napisany tekst gry i trudności ze sterowaniem, aczkolwiek grając na PC z użyciem myszy i klawiatury, nie zauważyłem nic takiego. Ogólnie rzecz biorąc jest to dość przyjemny casualowy tytuł, który można ewentualnie nabyć na promocji, jeśli ktoś lubi proste gry.

„Fresh Start Cleaning Simulator” (2022)

Jest to gra tych samych twórców, co „No Place like Home”, wydana jakieś pół roku później i zasadniczo będąca jej okrojoną wersją. Nie ma tu fabuły ani dialogów, NPC ani ludzkich siedzib, hodowli zwierząt ani budowania farmy – jest tylko sprzątanie śmieci i okazjonalnie naprawianie jakichś urządzeń. Gra wykorzystuje te same elementy graficzne i dźwiękowe.

Najpierw rozpuszczamy stosy śmieci polewaczką, potem zasysamy odpadki. Na koniec podlewamy kwiatki, grzybki, krzaki i drzewa, aż się rozwiną trzykrotnie i dadzą nam pieniądze. Za to z kolei odblokowujemy ulepszenia w trzech drzewkach umiejętności (możemy np. zwiększyć swoje parametry fizyczne, np. szybkość biegu, albo doskonalić sprzęt, np. zwiększając pojemność zbiornika polewaczki. Jest też trochę zadań (w rodzaju „nakarm krowy sałatą” albo „daj krakuskę kotkowi”) i to wszystko. Jeśli ktoś chce się odprężyć, po prostu porządkując okolicę i przywracając naturalny stan przyrody, proszę bardzo.

Zaletą tego tytułu jest duża liczba lokacji – jak widać na ostatnim screenshocie, mamy ich do dyspozycji kilkanaście. Każda ma jakieś specyficzne elementy, ale powtarza ten sam schemat rozgrywki. Obie gry stworzyło polskie studio Chicken Launcher.

„Space Trash Scavenger” (2024)

W większości gier ze sprzątaniem celem gracza jest uprzątnięcie całego bałaganu. Kolejne strefy albo etapy rozgrywki stają się dostępne dopiero po sprzątnięciu do czysta bieżącego obszaru. „Kosmiczny śmieciarz” działa trochę inaczej – zbieramy tu śmieci w danym układzie słonecznym tylko do wykonania zadania. Gdy zdobędziemy potrzebne surowce albo uzbieramy kasę, możemy przeskoczyć do następnego układu.

Gdy sprawdziłem swoją kolekcję na Steamie, okazało się, że ostatni raz grałem w to jeszcze w fazie wczesnego dostępu, więc skorzystałem teraz z okazji, by zapoznać się z pełną wersją gry. Prócz zbierania i przetwarzania odpadów w kosmosie gra obejmuje też budowanie bazy, a właściwie statku kosmicznego, bo to za pomocą naszej siedziby przeskakujemy między sektorami jakiegoś układu słonecznego. Z niewiadomych powodów nazywają się one w grze kwadrantami – w rzeczywistości kwadrant oznacza ćwiartkę jakiegoś obszaru albo struktury przestrzennej, np. w Star Treku Galaktyka jest podzielona na kwadranty (Ziemia znajduje się w Kwadrancie Alfa, tak przy okazji).

Nasza mobilna baza może mieć taki kształt, jaki sobie tylko wymarzymy – albo jakiego będziemy potrzebować. Budujemy ją z kilku rodzajów kostek: zwykłych, z panelami słonecznymi, z gniazdami dla maszyn wymagających zasilania, z glebą do upraw itd. Poza jednym specjalnym typem kostki przyciągają nas z każdej strony, dzięki czemu możemy np. bez trudu przejść na „spodnią stronę” bazy i tam też coś budować. Warto szybko postarać się o zbudowanie zamkniętego pomieszczenia, w którym postawimy łóżko, bo nasza postać musi odpoczywać…

Kolejnym aspektem gry jest tworzeniem automatycznych łańcuchów produkcyjnych. Wymaga to ustawiania urządzeń w odpowiedni sposób i łączenia ich przenośnikami – ta prosta zasada jest taka sama w każdej grze z automatyzacją. Dużo jednak zależy od sposobu, w jaki została zrealizowana, a także od celu naszej działalności. Automatyzacja dla samej automatyzacji mnie nudzi, choć wiele tego typu gier cieszy się dużym powodzeniem (np. „shapez” i jej kontynuacja).

W zwiedzanych kwadrantach znajdziemy różnorodne ciała niebieskie, począwszy od mniejszych i większych odpadów, przez wraki statków kosmicznych (niektóre z pomieszczeniami do zbadania) aż po asteroidy. Po tych ostatnich biega się mniej więcej niczym po planecie Małego Księcia. Gdzieś tam wisi planeta, wokół której wszystko krąży, a z oddali świeci gwiazda układu, która dostarcza energii urządzeniom w naszej bazie (ale nie napędom, bo te potrzebują konkretnego paliwa). Szczególnym obiektem jest baza Entity na jednym z asteroidów – wrogiej sztucznej inteligencji, która narobiła ludziom kipiszu tysiąc lat wcześniej, a choć została pokonana, to jej ośrodki oporu jeszcze się po kosmosie walają. Dzięki jej zniszczeniu zdobywamy surowiec do wytworzenia paliwa na przelot do następnego kwadrantu.

Nasz bohater (który, tak przy okazji, ma punkty zdrowia i sytości, a więc musi jeść, a czasem się leczyć, jeśli wrogowie go nadgryzą) dysponuje plecakiem rakietowym, dzięki któremu może latać w przestrzeni między obiektami (tylko trzeba zadbać o zapewnienie odpowiedniego zapasu paliwa). Poza tym dysponuje kilkoma narzędziami: skanerem do identyfikowania obiektów, „chwytakiem” do przyciągania małych szczątków, laserem górniczym do rozbijania większych szczątków oraz źródeł surowców na asteroidach, urządzeniem do naprawiania uszkodzeń bazy. Warto też postarać się o broń, bo laser górniczy w bardziej gorących starciach może nie dać rady.

Złom i odłamki (wydobywane też z kryształów na asteroidach) możemy w naszej bazie przerobić na surowce: metale, węgiel, krzem, wodór, tlen. Z tych zaś wytwarzamy potrzebne nam sprzęty i elementy konstrukcyjne bazy. Całość jest bardzo przyjemnie skomplikowana, choć może – pomijając mechanikę latania po kwadrancie – średnio oryginalna (np. klasycznie produkujemy rzeczy na sprzedaż, by móc kupić lepszy sprzęt do produkowania lepszych rzeczy…). Graficznie „Space Trash Scavenger” lokuje się gdzieś w pobliżu „Astroneera”, choć asteroidy są tu dużo mniej kanciaste. Jeśli ktoś lubi survivale z produkcją – bardzo polecam.

„Leaf it Alone” (2025)

Na koniec pierwszego odcinka – polska gra o sprzątaniu liści, z wieloma zabawnymi akcentami (Uwaga! Wiewiórki knują!). W podstawowej wersji gry dostaliśmy do posprzątania dużą posesję: dom z garażem, kącikiem grillowym, basenem, boiskiem do gry w kosza, basenem i ogrodem, w którym jest nawet szklarnia i labirynt z żywopłotu. W aktualizacji z października 2026 pojawiły się dwa nowe obszary: średniowieczny zamek i japońską świątynię z pobliskimi terenami rekreacyjnymi (do kolejnego obszaru przechodzi się automatycznie po wejściu do końcowego pomieszczenia obszaru bieżącego; jeśli ktoś ukończył już podstawową część gry, wystarczy użyć opcji kontynuacji w menu głównym).

Cel główny jest prosty: uprzątnąć wszystkie liście, albo zbierając je i wrzucając do kubłów na śmieci, albo wtłaczając je do zasysających liście kratek, które jednak zwykle musimy odblokować (tzn. naprawić za pieniądze). Początkowo zbieramy liście ręcznie, jednak w miarę postępów rozgrywki możemy zdobyć bardziej zaawansowane narzędzia, takie jak grabie i dmuchawa (służą oczywiście do kierowania liści ku kratce zasysającej). Za usunięte liście dostajemy pieniądze, które wydajemy na ulepszenia w rodzaju zwiększenia pojemności worka, zasięgu grabi albo siły dmuchu. Na wspomnianych terenach rekreacyjnych możemy też kupić traktorek zjadający liście, który ma własną sekcję ulepszeń (dla chcących poszaleć za kierownicą jest nawet do wykupienia „tryb sportowy”, w którym traktorek zasuwa jak ferrari, ale nie zbiera liści).

Na każdym z obszarów dostajemy dodatkowe zadania, za które otrzymamy „achievementy”. Np. w zamku są mozaiki do układania oraz strzelnica, na której musimy zdobyć co najmniej 70 punktów, strzelając z kuszy; w świątyni trzeba zapalić wszystkie lampiony. Zbieramy też tajne karty i zaliczamy wymagania, np. zebranie określonej liczby liści traktorkiem albo zebranie liści traktorkiem jadącym z prędkością 6 m/s (w tym celu trzeba go najpierw rozpędzić w trybie sportowym).

Gra ma tryb rankingowy oraz grę swobodną na mapach odblokowanych wcześniej w trybie fabularnym. Istnieją też inne tytuły o tej samej tematyce, np. „Leaf Blower Co.”, a w zapowiedziach są np. „Leaf it Zen” i „Leaf it Out” (w tym ostatnim do sprzątania z liści ma być całe miasteczko).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *