Wszystko źle

albo

Hipsteria-eria-eria

Joanna Dziwak, Gry losowe, Korporacja Ha!art, Kraków 2014

Zmarła niedawno w wieku zaledwie 40 lat autorka, współtwórczyni facebookowej strony Hipsterski maoizm, ma na Fejsie krąg wiernych fanów. Osobiście do niego nie należę, a książkę kupiłem ciekaw ciętego humoru, jaki ponoć był charakterystyczny dla autorki. Kupiłem ją zresztą dopiero teraz, bo wcześniej zapomniałem.

Gry losowe zawierają trzy splatające się ze sobą historie: kiepskiej piosenkarki z amerykańskiej prowincji, Jo, polskiego pisarza Janusza L.L. Czereśniewskiego oraz poety z Bytomia, Arkadiusza Pszczoły. Humoru jest tam jednak mało, za to sporo ironii, sarkazmu i niestety zwykłego jadu.

Część poświęcona Jo jest w rzeczywistości antymęską tyradą (wszyscy opisani tam faceci albo są głupi, albo grubi, albo cierpią na syndrom macho, albo na narcyzm, albo wszystko naraz). Jo to, mówiąc słowami Renaty Przemyk, „mało zdolna szansonistka”, która piosenki pisze głównie o swoich byłych facetach. Chciałem napisać, że to antycypacja Taylor Swift, ta jednak jest sławna gdzieś od końca pierwszej dekady XXI wieku, czyli od czasów jeszcze sprzed powstania tej książki. Jo (a może autorka?) ocenia mężczyzn przede wszystkim jako dostarczycieli orgazmu i głównym problemem jest dla niej to, czy będą czegoś od niej chcieli poza udostępnieniem ciała.

Jest to przy okazji świadectwo tego, jak bardzo zabójczy jest dla związków perfekcjonizm. Kobiety, nawet (a może zwłaszcza) feministki, ciągle czekają na księcia z bajki, więc nawet jeśli z braku seksu czy przez chwilowe zauroczenie zwiążą się z baronem z baru, to nigdy nie będą w tym związku szczęśliwe. A związek, w którym kobieta nie jest zadowolona ze swojego mężczyzny, ma raczej małe szanse na bycie dobrym związkiem, nie mówiąc już o trwałości. I oczywiście brak tego zadowolenia często jest naprawdę winą mężczyzny, który nie dokłada starań – ale równie często jest nim babska skłonność do nieustannego szukania dziury w całym.

Przez większość części poświęconej Jo telepie się ona bezładnie po różnych miejscach, bezustannie oceniając (negatywnie i prześmiewczo) napotykanych ludzi i krytykując nawet tych, którzy niczego od niej nie chcą (pozostali to głównie podtatusiali faceci z brzuszkiem, którzy – przynajmniej w mniemaniu Jo – wszyscy chcieliby dorwać się do jej majtek). Pierwsze ciekawe i rzeczywiście cięte, a nie tylko marudne, przemyślenia Jo (porte partole autorki?) pojawiają się dopiero około 90 strony, w rozdziale przypominającym strumień świadomości, tylko napisanym na szczęście z normalną interpunkcją i podziałem na akapity.

Wcześniej znalazłem jedną celną uwagę: „Główny problem z ludźmi, którzy mówią o wartościach, polega na tym, że najczęściej nie mają z tymi wartościami żadnego kontaktu”. Choć być może inni czytelnicy więcej spostrzeżeń autorki uznają za fascynujące – mam wrażenie, że będzie to zależało nie tyle od płci, co od wieku. W końcu należę do pokolenia starszego od autorki, które aż tak nie zachłysnęło się Internetem i socialami (a jeżeli nawet, to w czasach, gdy Internet nie był jeszcze kompletnie obłąkany od komercjalizmu i zarabiania, a głównym socialem popularnym wśród polskich mas była „Nasza klasa”). Jako osoba starsza i z nieco innym doświadczeniem życiowym nie widzę w tej książce „ciętego humoru”, a jedynie zrzędliwość i cynizm. Wygląda na to, że jestem za mało hipsterski, by dobrze się bawić przy dekonstruowaniu hipsterstwa (nabijam się, nigdy hipsterem nie byłem).

Potem nagle Jo znika na kilka rozdziałów niepowiązanych dygresji, która sprawiają wrażenie, że autorka wrzucała tam wszystko, co jej ślina na klawiaturę przyniosła. Następnie Jo powraca i jest jeszcze bardziej nieszczęśliwa i żałosna, ale tym razem już w powiązaniu z dygresjami z wcześniejszych rozdziałów. W lepszej literaturze przeszłoby to w oniryczność, ale ta chyba jest niemożliwa w czasach epidemii bezsenności.

Kolejne rozdziały (na szczęście już ostatnie w historii Jo) pogłębiają wrażenie chaosu. Na jednej stronie znajdujemy niezły aforyzm „Listopad to jest taki miesiąc, który trwa cały rok”, ale na następnej autorka popada w kompletną sztampę, drwiąc z wąsów i skarpet do sandałów. To było wyświechtane jeszcze przed Facebookiem, w dodatku autorka zapomniała pojechać po pizzy z ananasem i monidle (w końcu jak zrzynać stare motywy, to na całego).

Potem mamy jeszcze rozdzialik kompletnego chaosu, w którym narrator zmienia się jak kameleon: męski pierwszoosobowy, żeński pierwszoosobowy, trzecioosobowy z punktu widzenia tego mężczyzny i trzecioosobowy z punktu widzenia tej kobiety. Brak tam choćby jednego cudzysłowu sygnalizującego monologi wewnętrzne, a to bardzo uporządkowałoby ten bałagan (choć może hipsterom on nie przeszkadza). Istnieją znaki typograficzne nadające się do oddzielania różnych wątków albo części. Kobietą jest tam chyba Jo. W każdym razie oboje są nieszczęśliwi, a facet, jak to facet, jest niewierną świnią. Do kompletu dochodzi stygmatyzowanie osób korzystających z psychoterapii i muszących zażywać leki psychotropowe.

Podsumowując historię Jo, stwierdziłbym, że pokazuje ona, jak wojujący feminizm niszczy nie tylko mężczyzn, których uważa za wrogów z racji samej płci, ale i kobiety. Kobietom zabrania bycia szczęśliwą w roli żony i matki, a choćby tylko pani domu (najbardziej radykalne odłamy utrzymują nawet, że kobieta nie powinna czerpać radości z seksu z mężczyzną 😀 ). Panujący nam niemiłościwie koprokapitalizm co prawda uniemożliwia przeciętnemu mężczyźnie samodzielne utrzymywanie rodziny i zmusza kobiety do pracy zarobkowej (podczas gdy ta decyzja powinna być autonomiczna i podejmowana bez nacisków), jednak korposzczury wyższego poziomu, część właścicieli firm, dobrze ustawieni politykierzy i kilka innych grup wciąż na to stać. Tyle tylko, że dziś model jest mało popularny, podczas gdy jeszcze 50 lat temu mógł stanowić większość.

Dodatkowo zrobienie kariery zawodowej wymaga albo jakiegoś talentu, albo niszczenia siebie maniakalną pracowitością, podczas gdy większość populacji, tak męskiej, jak i kobiecej, nie dysponuje talentem umożliwiającym zrobienie kariery w żadnej konkretnej ani modnej dziedzinie. Dla nich są licencjaty z marketingu i zarządzania lub inny pozór wyższego wykształcenia, tak naprawdę wraz z maturą kompletnie zbędny np. dla mającego konkretny zawód rzemieślnika. Tyle że to też wymaga jakiegoś talentu, tym razem manualnego, a dla tych, którzy takiego też nie mają, pozostaje praca na kasie w markecie. W czym nie ma nic uwłaczającego, jest tylko problem polegający na tym, że korpy mało za to płacą. Na pocieszenie dodam, że gorzej mają tacy np. nauczyciele albo śmieciarze, tj. pardon pracownicy oczyszczania miasta.

Kolejny rozdział składa się z samych pytań do czytelnika, których zamierzonym celem jest uświadomienie, czy też wmówienie mu, że jest nieudacznikiem. Pytań jest tyle, że każdy z nas na któreś odpowie „tak”, i autorka będzie mogła jego nieudacznictwo odfajkować.

Na szczęście to już ostatni rozdział historii Jo, przechodzimy do polskiego pisarza Janusza L.L. Czereśniewskiego, co jest słabo zakamuflowaną aluzją do Janusza L. Wiśniewskiego. Aż musiałem sprawdzić, czym to Janusz L. Wiśniewski naraził się autorce – otóż jest to trochę już dziś zapomniany pisarz i naukowiec, autor jakichś 50 książek beletrystycznych, w najlepszych latach produkowanych w tempie 4-5 rocznie (ale często jako współautor, a czasem nawet, o horrendum, we współpracy z internautami). Rozumiem więc zawodową zazdrość, ale problemem jest też debiutancka powieść pt. Samotność w sieci. Miałem niestety okazję widzieć jej ekranizację i nie wspominam tego jako przyjemnego doświadczenia.

W tym miejscu po raz pierwszy zacząłem się przy tej książce dobrze bawić. Oczywiście dalej są tam antymęskie złośliwości, ale przynajmniej śmieszne. Fajnie się rozszyfrowuje Coelho (Paweł Kolejo), Houellebecqa (Michał Ubek) i jego Cząstki elementarne, a także nasze swojskie Dom nad rozlewiskiem (Parcela na bagnie) i Nigdy w życiu (Zawsze w życiu – dobra, to już jest suche jak Sahara). Co prawda chętnie widziałbym tam też np. Kornelę Kratkowską albo Sandrę Hujnik, no ale nie można mieć wszystkiego.

Wiśniewskiego nigdy nie czytałem, więc nie znam jego stylu. I nie mam pewności, ale być może część rozdziałów tego wątku, napisana „stylem Yody”, z odwróconym szykiem zdania i czasownikami na końcu, jest parodią stylu Janusza L. Czasem też stosuję takie chwyty, ale raczej oszczędnie, bo bywają one męczące na dłuższą metę i nie aż tak zabawne, by wynagradzały czytelnikowi fatygę…

Niestety, ta dość zabawna drwina z kryzysu wieku średniego u faceta będącego znanym pisarzem prędko się kończy, a potem zaczyna się dla odmiany zaczyna się drwina z kryzysu wieku średniego u faceta będącego nieznanym poetą. Z Bytomia.

Kto zna to miasto tak jak ja, czyli nie tylko ze zdjęć deptaka Dworcowa i posągu lwa na betonowej pustyni „rynku”, intensywnie rozsiewanych po socialach z inspiracji władz miasta, ten wie, że Bytom na satyrę jak najbardziej zasługuje. To niegdyś jedno z większych miast Polski, jeden z głównych ośrodków przemysłowych kraju, gdzie dzieci masowo chorujące na krzywicę – jak napisał dawno temu mój znajomy Jacek Sierpiński – lepiły ze śniegu czarnego bałwana. Dziś jest w zasadzie miastem trochę nieistniejącym. Po zlikwidowaniu wszystkich kopalń i hut bez zastępowania ich placówkami, które mogłyby dawać ludziom pracę, Bytom przeszedł do niebytu i właściwie można by go dziś nazywać „Niebytom”. Co nie było specjalnie dziwne, bo od kilkudziesięciu lat miasto z powodu szkód górniczych zapadało się coraz niżej, a jego budynki czasem się doszczętnie rozsypywały. W latach 90. Szulkin mógłby tam kręcić swój kolejny film postapo.

Dokładały do tego swoje władze miasta, rozbierając budynki niekiedy całkiem dobrze się jeszcze trzymające. Za PRL-u wyburzono w samym centrum duży kwartał zabytkowych secesyjnych kamienic i urządzono na nim skwer, na którym po wybuchu wolności kapitaliści mogli wybudować „galerię” handlową. Niedaleko już za wolnej Polski wyburzono kolejny kwartał zabytkowych secesyjnych kamienic, bo klienci tej potworności kompletnie niepasującej do okolicznej zabudowy musieli przecież mieć gdzie parkować. Staram się unikać teraz wizyt w moim rodzinnym mieście, bo trochę za bardzo Bytom przypomina mi westernowe miasteczko zbudowane przez speców z Hollywoodu, w którym większość budynków ma tylko frontową ścianę. Problem w tym, że za takimi pojedynczymi ścianami wciąż muszą żyć ludzie.

Wydaje mi się jednak, że tak naprawdę autorka nie zna Bytomia (ani Siemianowic Śląskich, w których jej bohater mieszkał pierwotnie), że są to dla niej tylko nazwy z Google Maps. W końcu urodziła się na Lubelszczyźnie, a mieszka w Krakowie. Nie ma w książce nic z tego, co napisałem powyżej, a co stanowi o autentyzmie Bytomia. Nie wiemy nawet, czy bohater mieszka w secesyjnym centrum Bytomia, w familokach, czy w jakimś nowszym bloku. Albo czy w ogóle jest mieszkańcem któregoś z peryferyjnych osiedli budowanych w drugiej połowie PRL-u, takich jak Miechowice, lub nowszych. Jest tam jakaś jedna wzmianeczka o „osiedlu”, ale być może specjalnie pozostawiona dla anonimizacji, w próbie zwiększenia „uniwersalności” przekazu. Kościoły, Biedronki i punkty Lotto (które Arkadiusz widzi z okna) są wszędzie. Parafrazując Alfreda Jarry, ostatnia część książki rozgrywa się w Bytomiu, czyli nigdzie.

Z drugiej strony sam mieszkałem przez kilka lat w Krakowie i muszę przyznać, że mieszkanie w bogatym i w dużej części zadbanym mieście jest przyjemniejsze niż mieszkanie w ubogim i w większości zaniedbanym mieście. Jednak przez cały ten pobyt w Krakowie np. ani razu nie zdołałem się wybrać na spacer nad Wisłą (chociaż spacerowałem po „swoim” osiedlu i okolicach, które są całkiem ładne, bo nie zostały jeszcze całkiem zniszczone przez patodeweloperkę). Na koncerty i inne imprezy też chodziłem wtedy mniej niż zamierzałem, bo po prostu nie było czasu. Oczywiście w Krakowie jest to łatwiejsze niż w Bytomiu, mieście nieposiadającym nawet sali koncertowej godnej tego miana. Jest tam co prawda opera, ale o tym się w Grach losowych nie wspomina.

Bytom, czyli nigdzie, wydaje mi się wyrazem niechęci autorki do polskiej prowincji (albo tego, co Warszawka i Krakówek za prowincję sobie poczytują, boż aglomeracja górnośląska liczy mniej więcej tyle mieszkańców, co warszawska, i jakieś trzy razy tyle, co krakowska). Co prawda sama Dziwak z prowincji pochodziła i to może trochę mówi o przyczynach tej niechęci. Niestety stałą chorobą polskich decydentów jest centralizm, bo przecież stale rezydują w Warszawie. Zamiast traktować prowincję (bądź „prowincję”) jako zasób, o który warto dbać i który warto wykorzystywać z pożytkiem dla kraju, zamykają się w swojej warszawskiej wieży z kości po schabowym i nie chce im się ruszyć dupy poza stolycę.

A zatem bierzemy się do przyszywanego bytomianina Arkadiusza Pszczoły, czterdziestoletniego nieznanego poety w kryzysie wieku średniego. W recenzjach, które czytałem, ten wątek jest najbardziej chwalony, ale jego świetność jakoś mi umyka. Tak się akurat składa, że sam w pewnym momencie byłem czterdziestoletnim nieznanym poetą i wiem, jak się taka osoba wtedy czuje. Między tym, co taki człowiek naprawdę myśli, a autorka myśli, że myśli, jest spora różnica. Jej pomysły dobrze za to pasują do stereotypowych wyobrażeń ludzi nierozumiejących poezji ani poetów.

Albo może jestem za mało egotystyczny (nie napisałem „narcystyczny”, bo uważam, że Arkadiusz nie zasługuje na tę etykietę, którą z pewnością wiele osób by mu przylepiło). W końcu w przeciwieństwie do bohatera mam rodzinę i pracę, którą wykonuję, bo sprawia mi przyjemność. Natomiast to, co Dziwak pisze o nieudaczniku Pszczole powinno spodobać się np. drobnym pracownikom korpów, którzy chwytają się jak brzytwy idei, że ktoś może mieć gorzej niż oni.

Jednak czy Pszczoła rzeczywiście ma gorzej? Nie brak mu środków na utrzymanie i dzięki spadkom po rodzicach i babci z Ameryki nie musi pracować. Siedzi ciągle w tym Bytomiu z własnego wyboru, mieszka w lokalu ze starymi meblami z własnego wyboru, nie prowadzi życia towarzyskiego z własnego wyboru. W pewnym sensie wygrał los szczęścia, nawet jeśli jego życie odstaje od wizji idealnego życia lansowanej przez patomarketing. Ceterum censeo, że marketing w ogóle powinien być zakazany, bo nic nie ma w nim sensu, nawet zwykła karta debetowa musi mieć dolepioną etykietkę „Świat Intensive”. Dlaczego nie „World Intensive”? Albo „Świat Intensywny”? Bo wtedy widać, że to bez sensu?

Pszczoła jest być może (nieco lepiej) zawoalowaną aluzją do Marcina Świetlickiego, śląskiego poety i lidera alt-rockowego zespołu Świetliki, który zresztą jest wspomniany w książce. Pod wpływem nastroju wzbudzonego przez koncert Świetlików Arkadiusz Pszczoła postanawia założyć własny zespół, Pszczoły. Nie ma jednak nic poza własną osobą (poziom jego talentu muzycznego czy wokalnego pozostaje dla czytelnika nieznany), więc ta myśl jest tylko impulsem chwili.

I nic innego nie składa się na żywot Pszczoły, jak tylko impulsy chwili. W końcu wiersze też pisze się pod wpływem impulsów chwili. Przez prawie sto stron wlecze się ten żywot człowieka nijakiego, z nielicznymi interesującymi albo zabawnymi myślami powtykanymi tu i tam jak rodzynki w kiepski sernik. Sytuacji nie poprawia wprowadzenie postaci Hieronima Osy (a mógł mieć na imię Brajan albo przynajmniej Seba, Janusza już autorka wykorzystała wcześniej). Osa staje się samozwańczym przyjacielem i rozmówcą Pszczoły – najwyraźniej autorka zrozumiała, że nieustanne listy pytań retorycznych (są jeszcze co najmniej dwa rozdziały tego typu) oraz przemyślenia wyimaginowanego przez nią poety są ponad wytrzymałość przypadkowego czytelnika.

W którymś momencie Pszczołą z Osą wybierają się w podróż do Warszawy i jest to opisane tak, jak w czasach wiktoriańskich opisywano podróże rdzennych mieszkańców Afryki czy Oceanii do pępka świata, czyli naonczas Wielkiej Brytanii. Dwóch dzikusów trafia do świata, którego nie rozumie i do którego nie pasuje. Jeden co prawda już tam kiedyś był, ale jego wiedza o tym świecie dawno (czyli tak z 10 lat temu) się zdezaktualizowała. Jedynym ratunkiem jest powrót na prowincję, gdzie ludzie – jak się wydaje ambitnym z Warszawek i Krakówków – tylko mają aspiracje, ale ich nie realizują. Dzięki temu nie zajmują miejsca w nowym porządku ambitnym z Warszawek i Krakówków.

Moim zdaniem Gry losowe bardzo kiepsko i szybko się zestarzały. Takie zawsze było ryzyko satyry drwiącej z aktualnych mód. To ryzyko jest w czasach Internetu bez porównania większe niż w latach 80. Dzisiejsze mody są tak chwilowe, że o tym, co było popularne 15 lat temu, większość pożeraczy socialmediowej papki – do których przecież jest ta książka skierowana – zdążyła już dokładnie zapomnieć. Dziś mamy już nowe, jeszcze głupsze mody, a co gorsza, niszczą one życie nie tylko dorosłym, ale i nieletnim. I tylko celebryci, którzy je lansują, są tak samo głupi jak dawniej albo i nawet głupsi. Kiedyś przynajmniej nie pracowali na rzecz żadnego obcego reżimu poza międzynarodowym koprokapitalizmem; dziś, choćby nawet mieli ambicję zrobienia czegoś pożytecznego, np. zdobycia finansów na potrzeby ochrony zdrowia, to wkrótce potem sprzedają swoje nazwiska jako markę produktów nie tylko niezdrowych, ale i oszukańczych. Jedynym elementem satyrycznym Gier losowych, jaki się jeszcze dziś broni, jest według mnie schowana w paru miejscach satyra na koprokapitalizm. Koprokapitalizm się nie zmienia, chyba że na gorsze – ale z tego akurat trudno się cieszyć.

Kilka słów należy się jeszcze edytorskiej stronie książki. O ile redakcja jest OK i nie przepuściła zbyt wielu literówek, o tyle gorzej jest ze stroną techniczną. Książka jest klejona (co było zmorą lat 90.), ale na szczęście się nie rozpada przy pierwszym czytaniu (co było zmorą klejonych książek z lat 90.). Tyle tylko, że sklejona jest tak mocno, iż zamyka się automatycznie nawet jeśli położyć na nią coś ciężkiego (5-kilowego odważnika nie próbowałem, ale telefon i inne książki zbliżonej grubości nie dawały rady). A to oznacza, że podczas czytania trzeba ją trzymać przynajmniej jedną ręką, co nie jest wygodne, jeśli mamy obie ręce zajęte czymś innym.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *