28. Electric Light Orchestra „Balance of Power”

Ostatnio na jednej z grup miłośników Tomka Beksińskiego odbyłem ożywioną dyskusję na temat płyty „Balance of Power” grupy Electric Light Orchestra (1986). Zasadniczo jest to ostatnia płyta, którą jeszcze można nazwać płytą zespołu ELO, bo prócz Jeffa Lynna grają tam jeszcze dwaj goście z oryginalnego składu: Bev Bevan (perkusja) i Richard Tandy (klawisze). Trzy następne albumy ELO (wydane w XXI wieku) już nie podtrzymują iluzji „zespołu”, będąc oficjalnie solowymi krążkami Jeffa Lynne’a – do tego stopnia, że dwa ostatnie ukazały się pod szyldem Jeff Lynne’s ELO. Nawet nie zadałem sobie nigdy trudu, by ich posłuchać, ponieważ już „Balance of Power” była dla mnie tak poważnym rozczarowaniem, że położyłem na ELO krechę.

W lata 80. Electric Light Orchestra weszła z wielkim przytupem, wydając epokowy album „Time” (1981), moim zdaniem szczytowe osiągnięcie pop-rockowego okresu zespołu (choć wiem, że wielu fanów obstawi tu „Out of the Blue”) i w ogóle jedną z najwybitniejszych płyt dekady. Niestety wszystkie drogi ze szczytu prowadzą w dół i los ELO był według mnie identyczny jak Depeche Mode po „Songs of Faith and Devotion” albo Deine Lakaien po „Kasmodiah”. Jeszcze „Secret Messages” z 1983 roku jest interesująca jako próba pewnych poszukiwań, które zaowocowały powstaniem zestawu utworów o zróżnicowanym brzmieniu – ale przez to, rzecz jasna, nie ma tu takiej spójności jak na „Time”. Która, tak przy okazji, jest płytą muzycznie bardzo różnorodną, znajdziemy tam np. balladę z akompaniamentem fortepianu i orkiestry, skoczny kawałek rock’n’rollowy oraz utwory o rodowodzie ewidentnie elektronicznym.

Ze sporym zdziwieniem dowiedziałem się, że znajomy miłośnik BOP zalicza tę płytę właśnie do synth-popu. Tymczasem główną rolę odgrywają tam zwykłe gitary i perkusja, poza tym słychać trochę dęciaków. Jeśli nawet te dęciaki i ewentualnie sekcja smyczkowa są symulowane za pomocą syntezatorów, to jeszcze nie czyni muzyki synth-popem – tu potrzebne jest wyraźne elektroniczne brzmienie.

Na tle poprzednich albumów z lat 80. „Balance of Power” szokuje mnie ubóstwem muzycznej wyobraźni twórcy. Większość utworów brzmi jak muzyczne kopie tego, co już znamy z lat poprzednich, chyba w największym stopniu z niezbyt ambitnej płyty „Discovery” (1979). Zupełnie jakby Lynnowi podczas przygotowywania BOP się dokądś śpieszyło, prawie w każdym utworze ewentualne interesujące pomysły są rozwinięte rozczarowująco. Np. pierwszy utwór, „Heaven Only Knows”, zaczyna się przyjemnie, po czym IMHO siada po 30 sekundach, kiedy przychodzi do refrenu. Jest to dla mnie muzyka niezawierająca nic, co przyciągnęłoby moją uwagę. ELO tak gra od czasu „Out of the Blue” właśnie, a wtedy przynajmniej jeszcze mieli trochę symfonicznego brzmienia.

Drugi utwór, „So Serious”, jest prawie dokładnie taki sam. Potem następuje ballada Out of Control, którą odbieram jako przesłodzoną i kiczowatą, z nieznośnie patetyczną końcówką. I tak dalej. To wszystko już znamy, to wszystko już słyszeliśmy u ELO dziesiątki razy, nuda, nuda, nuda. Np. „Without Someone” jedzie na identycznym riffie jak „Train of Gold” z poprzedniej płyty. W paru utworach (pierwszym, „Is It Alright”, „Sorrow About to Fall”) słychać ciekawe pomysły, które się gubią i rozmywają w zwyczajności. Jeśli COKOLWIEK na tej płycie się broni, to może właśnie „Is It Alright”, „Sorrow About to Fall”, no i ewentualnie „Send It”, które jest rzeczywiście całkiem inne niż reszta płyty, no ale i to nie jest synth-pop, tylko rockabilly.

W porównaniu z BOP Traveling Wilburys plus jeszcze „Cloud Nine” Harrisona (płyta wyprodukowana przez Jeffa Lynne’a) to arcydzieła – rasowy pop, tworzący go artyści świetnie się przy tym bawią, a przede wszystkim nie jest to jednoosobowy projekt z jednym artystą gotującym się w kółko we własnym sosie, tylko zbiór fascynujących indywidualności.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *