Robert A. Heinlein, Szlak Chwały, Phantom Press International, Gdańsk 1993, tłum. Zbigniew A. Królicki i Andrzej Sawicki
Z braku laku – czytaj nieprzeczytanych jeszcze po 10-20 razy tomów z serii „Dzieci Matuzalema” – wziąłem się za przeglądanie półek w poszukiwaniu innych książek RAH, o których posiadaniu mogłem był zapomnieć. Najbardziej zainspirowało mnie do tego stwierdzenie na jednej z fejsowych grup poświęconych SF, że Kawaleria kosmosu (ang. Starship Troopers) wcale nie jest taka zła, jak mi się wydaje – ma ponoć drugie dno i wcale nie jest przykładem fantastycznonaukowej grafomanii, jakiej kiedyś Amerykanie, samego Heinleina nie wyłączając, produkowali pełno (wystarczy zerknąć do moich tekstów o van Vogcie). Kawalerii jeszcze w domu nie znalazłem, ale trafiłem za to na Szlak Chwały, który kupiłem sam nie wiem kiedy i chyba jeszcze nie czytałem, sądząc po stanie grzbietu (i tego, że wszystkie kartki trzymają się kupy, a w książkach wydanych w 1. połowie lat 90. wystarczało czasem jedno czytanie, by przestawały). A w każdym razie w ogóle nie pamiętam, o co w niej biega, więc na jedno wychodzi.
Szlak Chwały (ang. Glory Road) powstał w 1963 roku, mniej więcej w połowie okresu między Kawalerią kosmosu a Luna to surowa pani, niemal równocześnie z Obcym w obcym kraju. Trudno go więc zdecydowanie zaliczyć do wczesnego grafomańskiego okresu Heinleina, zwłaszcza że i w latach 50. zdarzały się mu dobre książki, np. Władcy marionetek. Przekład, wydany w 1993 roku – jak rzadko w przypadku publikacji z lat 90. – jest nawet przyzwoity, co nie dziwi, skoro dokonali go dobrzy tłumacze znani z wielu książek, wymienieni wyżej. Bez pewnych usterek się jednak nie obeszło, a najzabawniejszą jest pozostawienie w przekładzie słowa punk, które jako nazwa subkultury zaczęło funkcjonować jakieś dziesięć lat po napisaniu książki. A tak normalnie oznacza „gówniarza”.
Notka na tylnej stronie okładki, nawet dość powściągliwa, informuje bezpretensjonalnie, że „R.C.Gordon, weteran wojny wietnamskiej, błąkając się tu i tam bez jakiegokolwiek sensownego zajęcia, przystaje na propozycję pewnej atrakcyjnej kobiety i wyrusza na zagadkowy i tajemniczy Szlak Chwały. Misja ta pełna jest niebezpieczeństw i pułapek. Po wykonaniu zadania Gordona czeka słodka nagroda. Lecz czy będzie to nagroda, której oczekiwał…”
Czegóż to Gordon oczekiwał, o tym za chwilę. Zacznijmy od tego, że weteranem Wietnamu bohater jest owszem, formalnie, nie należy się jednak spodziewać steranego walką wojaka z PTSD – wręcz przeciwnie, jest to młody chojrak z gatunku tych, co to nie myślą (głową) nawet wtedy, gdy teoretycznie muszą. Chłopek-roztropek, który wszystko wie lepiej (a najlepiej wie, że podatki są złeeeee i że rząd jest złyyyyy), bez zawodu i szans na wykształcenie, który wstąpił do armii z braku wyjścia, a w nadziei zadekowania się na jakiejś ciepłej posadce. To mu jednak udaremniono i zrobiono z niego mięso armatnie, ale posłany na wojnę z żółtkami wyłgał się tylko nieprzesadnie poważną raną. (Dla porządku dodajmy, że sam Heinlein żadnej wojny nawet nie powąchał, choć w międzywojniu przez pięć lat służył w marynarce USA – ale zachorował na gruźlicę płuc i został zwolniony ze służby z przyczyn zdrowotnych).
Wypuszczony z woja Gordon układa sobie Chytry Plan, że każe się zdemobilizować do Niemiec, gdzie mieszka jego rodzina – i tam Będzie Studiować. Pod warunkiem, że wygra na loterii, bo to jest takie proste, prawda? Niestety jednak Armia Amerykańska chce go za wszelką cenę odesłać do USA, a kombinacja wymyślona przez Gordona w celu ominięcia tego chcenia sprawia, że bohater ląduje na francuskiej Riwierze niedaleko Nicei. Ze studiów nic nie wyszło, ponieważ rodzina bohatera wyprowadziła się z Niemiec z powrotem do amerykańskiego raju, z wygranej na loterii też nie. Ale w sumie ta Riwiera jest to Raj Na Ziemi, albowiem – przynajmniej na jednej wysepce Île du Levant – laski chodzą tu w stroju Ewy! Rzeczywiście ta wysepka istnieje i rzeczywiście znajdująca się na niej wiocha Heliopolis jest jednym z najstarszych ośrodków naturystów w Europie. No patrz pan, a wydawało mi się, że żandarm de Funés już wszystkich nudystów z Francji pogonił.
No i na tej wysepce chodzący w stroju Ewy… to jest pardon, Adama Gordon spotyka Cudowną Kobietę, skrzyżowanie Heleny Trojańskiej z Kleopatrą i Brigitte Bardot, która mu jednak przypadkiem znika jak sen jaki złoty zanim zdążyło do czegoś dojść. Ale nie bój nic, czytelniku – Kobieta owa daje do gazet ogłoszenie skierowane do naszego bohatera, durne jak półbut i dlatego skuteczne. Że mianowicie poszukuje Bohatera (normalny człowiek by podejrzewał, że poszukuje raczej Frajera, który wyciągnie za nią kasztany z ognia – no ale żeby podejrzewać, to trzeba myśleć głową, co, jak już wspomniałem, nie jest ulubioną czynnością Gordona).
Rzecz jasna okazuje się, że Sprawy Nie Są Takie Jakimi Się Wydają i wychodzi na to, że Kobieta jest naprawdę nie z tej Ziemi, tzn. w sensie dosłownym, a nie tylko tym, który powoduje przyrost objętości w pewnym męskim miejscu. Personalia Kobiety są nieokreślone – w powieści ostatecznie staje na tym, że Gordon będzie mówić do niej Aster, a ona do niego Oscar, bo Gordon nie lubi swojego prawdziwego imienia. E.C. (w notce okładkowej jest błąd) oznacza mianowicie „Evelyn Cyril” i w tym momencie zaczynamy Gordona trochę rozumieć. Anyway, po zbadaniu różnych parametrów Gordona, połączonym nie wiedzieć dlaczego z obustronnym rozebraniem się (a nie jesteśmy już u naturystów – ale do niczego nie dochodzi, świntuchy) Aster przenosi ich oboje do innego świata. Tam, ku irytacji Oscara Gordona, dołącza do nich karzeł Rufo, wymarzona rola dla Dinklage’a w razie ekranizacji. Rufo występuje jako giermek Oscara, znajomek Aster (i znów – człowiek myślący zacząłby podejrzewać, że jego zadaniem jest wepchnięcie rąk Bohatera głębiej w ogień, gdy dojdzie do wyciągania kasztanów). Wszyscy się ubierają i uzbrajają. I ni z tzw. gruchy, ni z pietruchy okazuje się, że Oscar Gordon jest urodzonym łucznikiem, choć nigdy dotąd z łuku celnie nie strzelił. (A czy wspomniałem już, że Gordon ma psychopatyczny, to jest ten, parapsychiczny zmysł orientacji i zawsze wie, kiedy jego taksówkarz jedzie okrężną drogą, by zgarnąć więcej za kurs? Nie? Sorki, to skleroza). W związku z tymi łukami wszyscy troje przebierają się za facetów w rajtuzach, a przynajmniej za Robin Hood’s Band of Merry Men (i nieważne, że 33% grupy stanowi kobieta Aster, bo w oryginalnych Merrymenach też była Marion). Przy czym strój Aster grozi stałym przekrwieniem wiadomego narządu nawet gdy ona już nie gania na golasa.
Dotarłszy do tego miejsca (wcale niedaleko, bo mamy za sobą dopiero 50 stron) westchnąłem sobie i zauważyłem, że to wszystko zamiast porządnej powieści SF czy tam fantasy przypomina bardziej mokry sen napalonego nastolatka – a przecież RAH napisał to już grubo po pięćdziesiątce… Zwykle główny bohater stanowi u Heinleina porte parole autora, więc nie jest dobrze. I ja akurat nie mam pretensji o to, że kobiece postacie RAH zwykle lubią seks z mężczyznami, tylko o brak logiki w opisywanych wydarzeniach, nie wspominając już o toksycznym kulcie Übermenscha/wojownika. Podstawowy problem polega na tym, że autor wymyślił sobie, iż zrobiono bohatera z nikogo i gdy Oscar przestanie być bohaterem, to znowu będzie nikim. Pisanie o nikim to raczej nie jest temat dla literatury popularnej… ale nie uprzedzajmy wypadków.
Rzecz jasna Oscar będzie wyciągał za Aster (nazywaną przez dalszą część powieści bardziej swojsko dla amerykańskiego kidsa, czyli Star) kasztany z ognia, a konkretnie artefakt zwany Jajem Feniksa. Jajo, należące prawnie do Star, zostało wykradzione przez Złych Ludzi i schowane w Nieprzyjaznym Miejscu, a na jego straży postawiono rasę Niezabijalnych. Na dodatek Star warunkuje Bohatera psychicznie tak, bo nawet nie myślał o żadnym fikimiki z nią, zanim nie zdobędzie Jaja.
Już na samym początku nasza ekipa staje do konfrontacji z jednym z Niezabijalnych, którzy na szczęście niezabijalność nadrabiają głupotą. Oczywiście żaden mąż nie jest w stanie go zabić… aj, nie, wróć, to nie ta książka. Otóż nie da się go zabić orężnie, ale w trakcie walki Bohater wpada wniezapno* na Pomysł i wpycha Niezabijalnemu jego nogę do gardła, a potem pcha i pcha, aż sprawia, że stwór zjada sam siebie jak Uroboros i znika. Serio, opisano to z całą powagą w książce, która ponoć jest SF.
* ros. „nagle, niespodziewanie”
Po dalszej dłuższej wędrówce przez różne planety i cywilizacje – podczas której okazuje się też, że Oscar nie wiadomo skąd jest znakomitym szermierzem; swój miecz czy szablę nazywa Lady Vivamus, łac. „żyjemy” – ekipa dociera do nieprzyjaznej planety, na której ukryte jest Jajo. W tym miejscu RAH sadzi totalną bzdurę, całkowicie dla mnie niezrozumiałą u autora, który w licznych swoich książkach tłumaczył prawdziwe zasady kosmonautyki (bohater Wkładaj kombinezon i w drogę oblicza orbitę podróżną na Plutona, biorąc wszystkie dane z pamięci).
Otóż Heinlein pisze mianowicie, że w różnych wszechświatach (zapomniałem nadmienić, że oni się tam rozbijają przez kilka) cząstki elementarne mają nieco inne właściwości. Wobec tego jest tam tlen, wodór i pozostałe pierwiastki, ale one są takie same, tylko inne. Oczywiście w takich warunkach prawa fizyki też musiałyby być „nieco inne”, a to by znaczyło, że istoty z innych wszechświatów nie byłyby w stanie tam funkcjonować. Wystarczy wspomnieć, że nawet ciężka woda złożona z tlenu i „nieco innego” wodoru, czyli deuteru, ma mocno odmienne właściwości niż zwykła woda – np. nie podtrzymuje życia, podlewane nią rośliny usychają, a pijący tylko ją ludzie umierają z pragnienia. A cała różnica polega tylko na jednym dodatkowym neutronie, cała reszta jest dokładnie taka sama jak w zwykłej wodzie.
Wydaje mi się, że autor chciał zaimponować amerykańskim kidsom (w czasach, kiedy jeszcze rzeczy związane z naukami ścisłymi kidsom imponowały): uuu, prawie takie same protony i neutrony, ale inne. Lecz, jak mawiają Anglosasi, it backfired. Czytałem sporo książek o podróżach do innych wszechświatów (np. Paroksyzm numer minus jeden Ryszarda Głowackiego, oparty na koncepcji cyklicznego wszechświata, gdzie ludzie spotykają statek kosmiczny cywilizacji z poprzedniego cyklu), ale zwykle ich autorzy wygodnie milczą na temat możliwości przetrwania w warunkach odmiennej fizyki. W żadnej znanej mi książce autor nie chwali się tym tak jak Heinlein, ponieważ trafiwszy do świata o odmiennej fizyce bohaterowie po prostu z miejsca padliby jak neptki. Co by się w ogóle mogło stać z ich atomami, niedopasowanymi do lokalnej fizyki?
Chytrym wybiegiem ominąwszy Niezabijalnych (co niewątpliwie oszczędziło autorowi sporo fatygi) Star et consortes wchodzą do wieży będącej rodzajem labiryntu i to z fałszywymi ścianami. Tu jednak przydaje się parkometryczny zmysł Oscara, który nauczony przez Star prawidłowej drogi prze ku celowi z impetem walca drogowego, po drodze pokonując szermierza niepokonanego, który nie wiadomo skąd i po co siedzi w komorze z Jajem.
Po sukcesie Gordona ekipa ewakuuje się na rodzinną planetę Star, zwaną Center, i już za moment zacznie się najbardziej interesująca część książki, ale najpierw czeka nas jeszcze trochę rozwalających mózg rewelacji. Okazuje się otóż, że w wieloświecie (Heinlein wielokrotnie korzystał z tej koncepcji w późniejszych książkach, np. Kot, który przenika ściany – ale tam na szczęście bez napawania się „innymi ale takimi samymi” pierwiastkami) istnieje z nieznanych przyczyn i sensów międzygwiezd… międzygalak… międzyuniwersumowe imperium, a Star jest jego Cesarzową. Quelle surprise. (Tak przy okazji, Star nie lubi tego tytułu, właściwym jest „Jej Mądrość” 🙂 )
RAH opisuje to imperium jako państwo idealne. Obywatele gazylionów planet z gazylionów galaktyk płacą groszowe podatki, jednak dzięki mnogości ich wszystko składa się na bardzo zasobny budżet rządowy. A co robi rząd w osobie Star albo innego cesarza lub cesarzowej? Nic. Otóż to, rząd idealny w rozumieniu naiwnie antyrządowego Heinleina pobiera mikrominipodatki i nie robi nic, no chyba że jacyś obywatele zaczną naprzykrzać mu się z jakąś petycją. Wtedy Jej Mądrość wydaje arbitralną i nieodwołalną decyzję w oparciu o konsultacje z osobowościami wcześniejszych władców zamkniętymi w Jaju (dlatego było takie ważne!). I paszli won powiedziane w taki sposób, by poczuli entuzjazm na myśl o czekającej ich podróży.
Zakochany Oscar namawia Star do ślubu, mimo iż ta ostrzegła go, że jest zdzirą starszą niż wygląda, miała niezliczonych facetów z różnych światów i urodziła niezliczone dzieci (ale obiecuje, że będzie mu wierna, mrug mrug). Skąd w ogóle pomysł kompatybilności rozrodczej oraz fizjologicznej u gatunków pochodzących nie tylko z różnych planet, układów słonecznych i galaktyk, ale nawet wszechświatów? Ale zostawmy to, w tym momencie podniecenie zakłóciło już amerykańskim czytelnikom jasność myślenia. No dobrze, więc bohaterowie biorą ślub i żyją długo i szczęśliwie. Tylko że nie.
Okazuje się bowiem – i to jest ta najciekawsza część książki – że Oscarowi, który nie dość, że ma najpiękniejszą laskę w mnogich wszechświatach, ale ma też wszystko inne i może wszystko, to wszystko przestaje sprawiać przyjemność. Zgodnie z kultywowanym w swoich książkach kultem bohatera RAH przekonuje czytelnika, że bohater w stanie spoczynku jest niemożliwy. Że uzależnienie od adrenaliny sprawi, iż nie będzie w stanie usiedzieć na miejscu. Że nie można zamknąć „orła” w złotej klatce. A przynajmniej mu się wydaje, że przekonuje.
Bo jak już wspomniałem, w rzeczywistości Szlak chwały pokazuje, że jeśli wziąć człowieka, który jest nikim – nic nie wie, nic nie umie (poza grą w kosza i ewentualnie tym, czego nauczył się w wojsku), nie ma żadnych zainteresowań (książka nic o tym nie wspomina) i uczynić go bohaterem, to w momencie, gdy przestanie bohaterzyć, na powrót stanie się nikim. To logiczne. I rzeczywiście taki człowiek nie będzie wiedzieć, jak korzystać z możliwości, które przed nim się otwarły. Będzie siedzieć na tyłku w swoim pałacu i nudzić się, gdyż podejmowane bez przekonania aktywności nie będą mogły go zaangażować (a poza tym dowiadywanie się nowych rzeczy i uczenie się jest męczące). Właśnie dlatego książę małżonek albo pierwsza dama mają zwykle całą masę nieistotnych „obowiązków” reprezentacyjnych i wszyscy udają, że są one ważne. No ale Oscar ma przynajmniej na tyle rozumu (albo na tyle mało wygodnictwa), by się w to nie pakować.
Zatem po kilku miesiącach dochodzi do małżeńskiej nibykłótni vel dyskusji. W jej wyniku eks-Bohater pakuje walizki i ucieka z płaczem do Rufo, który, tak przy okazji, okazał się jednym z wnuków Jej Mądrości. Po drodze jeszcze słyszymy od Star, że ona się w Oscarze szaleńczo zakochała, co pod względem wiarygodności znajduje się mniej więcej na tym samym poziomie, co niespodziewane mistrzostwo łucznicze i szermiercze Oscara, czyli ujemnym. I w to miejsce, prócz innych rozważań, autor pakuje kuriozalny dytyramb (wypowiada go Rufo, ale w rzeczywistości to pogląd samego Roberta Ansona) przeciwko demokracji.
Oczywiście wszyscy wiemy, że demokracja, zwłaszcza powszechna, nie jest ustrojem idealnym, a raczej najlepszym ze złych (wszystkie inne wydają się gorsze, może prócz anarchii, ale w takiej społeczności, której członkowie mają odpowiedni poziom samokontroli). Szczególnie wyraźnie wady demokracji widać w przypadku demokracji powszechnej, jakiej nigdy na Ziemi nie było przed XX wiekiem (wcześniej zawsze prawo głosu było w demokracjach ograniczone – z uwagi na pochodzenie, płeć, status majątkowy).
Nie jest jednak tak, jak utrzymuje Rufo, że demokracja ładnie wygląda tylko w teorii. Demokracja sprawdza się w praktyce całkiem nieźle, gdy realizują ją przyzwoici ludzie. Jej główna wada natomiast to brak zabezpieczenia przed ludźmi „nieprzyzwoitymi”. Manipulacje demokracją zdarzały się już w starożytności, weźmy np. sąd skorupkowy nad Sokratesem. Szczególnie nieodporna jest demokracja powszechna – część elektoratu, niedysponującą potencjałem intelektualnym niezbędnym do samodzielnego myślenia, banalnie łatwo zmanipulować. Do tego dochodzą cynicy i oportuniści, których inni ludzie interesują co najwyżej jako ofiary do wykorzystania. Widzieliśmy to wszystko wokół siebie i prawdopodobnie jeszcze zobaczymy.
Rufo artykułuje następnie bzdurny pogląd, że w narodzie nie liczą się zwykli ludzie, a tylko bohaterowie. Tak może bywa w prymitywnych krajach o mentalności marchii, pogranicza, na którym bohaterowie czy też wojownicy są niezbędni do obrony tych zwykłych ludzi. Takim prymitywnym krajem były Stany Zjednoczone jeszcze w XIX wieku, zanim dokończono mordowanie Indian i upchano niedobitki w rezerwatach. Jednak w normalnych krajach to właśnie zwykli ludzie budują dobrobyt! Bohaterów jest na to po prostu za mało – musieliby być supermenami pracującymi 48 godzin na dobę. A warto jeszcze wspomnieć o tym, że wojownicy mają w bardziej nowożytnych czasach ogromne kłopoty z przestawieniem się z niszczenia i zabijania na budowanie i tworzenie. To również jasno widać zwłaszcza w USA, które jako jedyny teoretycznie cywilizowany kraj prowadzą nieustanne wojny.
Wróćmy do ad remu. Wysłuchawszy tyrady antydemokratycznej i wypłakawszy się Rufowi w mankiet, Oscar prosi go o poradę w sprawie małżeńskiej. W sprawie swojego małżeństwa z jego babcią cesarzową! Pardon, Jej Mądrością. Pokonawszy opory Rufa zmusza go, by mówił szczerze, ale gdy tylko ten określa Star spokojnym, rzeczowym epitetem „stara torba”, u Oscara triggeruje się tryb „chłopięcej rycerskości” i nasz delikwent próbuje Rufowi dać w mordę, choć sam przed chwilą prosił go o szczerość. Ale przecież wspomniałem już, że Oscar nie myśli głową.
Następnie Rufo klaruje Oscarowi, że jego ukochana małżonka nie jest zwykłą kobietą nie tylko w sensie urody (czyżby nasz nielotny umysłowo bohater jeszcze tego nie zauważył?). Wobec trudno bardzo trudno liczyć na „i żyli długo i szczęśliwie”. Rufo rzuca Oscarowi kawa na ławę, że Jej Mądrość nieustannie robiła go w ssaka nieparzystokopytnego, manipulowała nim i wodziła jak salonowego pieska na smyczy – oczywiście w tzw. słusznej sprawie i nie szczędząc mu nagród, włącznie z własną osobą. Tłumaczy mu, że całość tej manipulacji – włącznie z wcześniejszym, ziemskim żywotem Oscara – miała na celu przygotowanie do odegrania roli niezłomnego bohatera, wojownika nad wojowniki. Dowiadujemy się tu nagle, że Oscar jakoby interesował się szermierką od lat szczenięcych i stoczył, cytuję, „większą liczbę walk niż większość zawodników w twojej kategorii wiekowej”. Tylko dlaczego dopiero teraz? Bo Heinleinowi nagle się przypomniało, że nie wyjaśnił tego wcześniej? W początkowej części książki jest tylko powiedziane, że Oscar grał w koszykówkę na studiach, dopóki nie obcięto programu stypendialnego – potem musiał przerwać, bo w tym amerykańskim raju na ziemi nie było go stać na kontynuowanie nauki. (Pewnym wytłumaczeniem tego zamętu jest to, że jak wiele innych powieści lat 40., 50. i 60. XX wieku, Szlak chwały był pierwotnie publikowany w odcinkach).
Po obaleniu paru flach panowie zgadzają się, że Balcerowicz musi odejść… tfu, że Oscar musi odejść, żeby nie dostać (jeszcze większego) szmergla. No więc Oscar odchodzi po solidnym poruchaniu… pożegnaniu ze Star, sowicie zaopatrzony na drogę w ciężki żółty metal. Wraca na Ziemię i tam się urządza, ale wszystko wydaje mu się jakieś takie zwyczajne i nieciekawe. Nowy Jork jest mały i brudny. Kalifornia niewiele lepsza, choć tam można się pocieszyć zerżnięciem dawnej dziewczyny, nieważne że obecnie mężatej i dzieciatej. Mąż nudny i w delegacjach, a bohaterowi wolno więcej, c’nie? I jeszcze „nic mu nie zrobiłem” 😀 A mógł zabić.
W to miejsce wędrują kolejne cytaty z Rufa, który wali prosto z mostu prawdę o amerykańskich kobietach i mężczyznach. Np. „Amerykański samiec jest przekonany, iż jest wielkim wojownikiem, wielkim politykiem i wielkim kochankiem. Już pobieżne testy udowadniają, że łudzi się tak samo jak ona [amerykańska kobieta – JM]. Albo i gorzej”. No i racja! Tyle tylko, że dotyczy to również bohatera książki, który przecież jest amerykańskim samcem.
Ostatnie dwa rozdziały powieści to kompletny bałagan. Sprawiają wrażenie spisywanych na kolanie albo ciętych chaotycznie, bo wydawca powiedział, że za długie są te tasiemcowe tyrady. Bohater robi mnóstwo rzeczy naraz: otwiera wszystkie drzwi „złotym kluczem”, idzie na studia i rzuca je, odbiera wygraną na loterii (jak się okazało jednak wygrał, bo były dwa losowania, a on sprawdził wyniki tylko pierwszego), oddaje wygraną (a przynajmniej to, co z niej zostało po opodatkowaniu, ojejku jejku) na przyszłe studia swojego przyrodniego rodzeństwa, zaczyna się trudnić pisaniem, wraca(???) do kreślarstwa i na wszystkie możliwe sposoby poza czynną napaścią pokazuje, że nie pasuje do tego pospólstwa, to jest pardon społeczeństwa. Przy okazji zaczyna popadać w paranoję i powątpiewać, czy ta cała rozróba z Jajem Feniksa wydarzyła się naprawdę.
Na szczęście udało mu się skontaktować z Rufo, który przybędzie i razem wyruszą w kierunku zachodzącego słońca i innych wszechświatów. The End.
Matko, ależ to było niestrawne. Za stary już jestem, by brać takie rzeczy za dobrą monetę.
