Przygody jaśniepana w kiciu

Jeffrey Archer, Dzienniki więzienne (A Prison Diaries), tłum. Łukasz Praski, Danuta Sękalska-Wojtowicz, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2017

Od razu na początku przyznam, że kupiłem tę książkę zachęcony kilkoma cytatami i doznałem pewnego rozczarowania, gdyż poza tym cytatami nie ma w niej prawie nic ciekawego. Autor drobiazgowo opisuje swój pobyt w więzieniu i choć nigdzie nie nadmienia, że został skazany niesłusznie, to jednak całość sprawia wrażenie pisanej w duchu urażonej niewinności. Jak oni śmieli to zrobić mnie, lordowi, parowi królestwa, nie wiecie, kto ja jestem! Ależ wiedzieli, i jeśli nawet cztery lata za krzywoprzysięstwo są przesadą, to jednak Jeffrey Archer, baron Archer Weston-super-Mare, ma swoje za uszami. Wśród kilku jego przestępstw można znaleźć nawet prymitywny shoplifting z czasów, kiedy był bankrutem, i zauważmy, że nie ukradł bochenka chleba i słoika dżemu w spożywczaku, a cztery markowe garnitury w luksusowym sklepie.

Wrażenie pozowania na niewiniątko potęguje patetyczne wierszydło zamieszczone jako motto do pierwszej części. Poza tym wielokrotnie widać w tej książce, że autor doznaje szoku wskutek zderzenia z więzienną rzeczywistością. Więzień skarży się na to, że musi siedzieć zamknięty w celi! Niesamowite. Bez wątpienia pobyt za kratkami był pierwszym spotkaniem Archera, bogacza i snoba, z życiem normalnych ludzi. Zobaczył, jak bardzo bieda upadla i jak trudno ludziom z dołów wyrwać się z błędnego kręgu recydywy. Oczywiście część z nich wraca do przestępczego procederu z własnego wyboru – np. dlatego, że jako diler narkotykowy, złodziej antyków albo oszust finansowy zarobią bez porównania więcej niż jako nauczyciel, czy maszynista z metra. Albo strażnik lub kapelan więzienny.

W pierwszej części, opisującej pobyt w najcięższym z trzech więzień – trwający zaledwie 22 dni! – Archer wspomina o kilku ważkich kwestiach: o usterkach i absurdach w funkcjonowaniu więzień, o brakach kadrowych i niedoborach finansowych więziennictwa, o niepotrzebnym demoralizowaniu ludzi, którzy do więzienia trafili po raz pierwszy, o tuszowaniu pedofilii. Nie wiadomo jednak, czy opublikowanie tych rzeczy w jakikolwiek sposób przyczyniło się do poprawy sytuacji (z pewnością nie w tej ostatniej kwestii; co do innych, to Archer nadmienia coś o jednej). W drugim tomie takie rzeczy Archera już niespecjalnie zajmują, za to szeroko się rozwodzi nad tym, jak kupował w Kolumbii za pośrednictwem jednego z więźniów, Sergia, szmaragd wart 10 tysięcy funtów i obraz jakiegoś współczesnego mistrza. Przy okazji naraził brata Sergia na śmierć, a samego Sergia na ogromne jak na więzienne realia koszty.

Pod względem edytorskim nie jest najlepiej. Jedynie poligraficznie książka jest bez zarzutu. Twarda oprawa (z całkowicie niepotrzebną obwolutą, szkoda papieru), strony dobrze sklejone, dobra jakość druku i ilustracji. Ale nie ma w niej spisu treści, a tłumacze, choć poprawni (całe szczęście, że dobrze posługują się polszczyzną, bo korektora „Dzienniki więzienne” nie miały), prawie w ogóle nie objaśniają w przypisach wszystkich brytyjskich realiów, które dla autora są oczywiste, a dla polskiego czytelnika – kompletnie enigmatyczne. Wyszła zatem z tego kolejna publikacja, którą trzeba by czytać z Googlem w ręku, co trudno uznać za wygodne. Czytelnik musi się nawet przebijać przez absurdalny system jednostek, nie tylko przez stopy i cale, ale nawet kamienie (jednostka ciężaru). Dodatkowym „elementem nudzącym” są liczne wzmianki o wynikach meczów krykieta, gry o jeszcze bardziej zagmatwanych regułach niż baseball. I znanej w Polsce jeszcze mniej niż baseball. Tymczasem zadaniem tłumacza jest umożliwienie odbiorcy bezproblemowego odbioru dzieła – to znaczy bez problemów związanych ze specyfiką lokalną kraju autora. Trudno też uznać za zaletę okładkę zbiorowego wydania, przeraźliwie sztampową i banalną.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *