Księżyc po amerykańsku

Arthur C. Clarke, Księżycowy pył, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2025, przełożył Radosław Kot

Zacznijmy od tego, że praktykowana od kilku lat, głównie przez wydawnictwa MAG i REBIS idea przypominania lub w ogóle przekazywania polskiemu czytelnikowi po raz pierwszy klasyki SF jest rewelacją. Daje możliwość poznania książek znanych wcześniej tylko ze słyszenia (ewentualnie z oryginału, ale przyznam, że raczej mało mi się chce czytać duże pozycje po angielsku) albo powrotu do tego, co słabo już się czasem pamięta. Obie serie (ta z REBIS-u nazywa się „Wehikuł czasu”) liczą już łącznie kilkadziesiąt pozycji – różnej jakości, ale to dobrze, bo dzięki temu poznajemy całościowy, a nie, jak bywało dawniej, wyidealizowany obraz klasycznej anglojęzycznej SF.

Napisana w 1960 roku powieść Clarke’a (oryg. A Fall of Moondust) jest reprezentatywnym przykładem tego zjawiska – swego czasu była głośna i chwalona (nominacja  do HUGO, zakupienie praw do ekranizacji przez Hollywood), moim zdaniem trudno ją jednak uznać za wybitną. Ale po kolei.

Pomysł fabularny oparty jest na koncepcji istnienia na Księżycu pyłowych „mórz”, po których można by pływać „łodziami” podobnie jak po ziemskich wodach. Źródłem tego pyłu miałaby być księżycowa erozja skał, zachodząca głównie pod wpływem różnic temperatury między dniem i nocą. ACC pisał to jeszcze zanim na Księżycu wylądowały pierwsze (radzieckie) sondy Łuna, zaś koncepcja ta została do końca obalona po lądowaniach załogowych programu Apollo. Polskie wydanie poprzedzone jest przedmową Clarke’a wyjaśniającą tę kwestię, a napisaną w 1986 roku.

Zatem księżycowy stateczek wycieczkowy Selene wyrusza z turystami na objazdówkę po pyłowym jeziorze zwanym Morzem Pragnienia. Dochodzi do katastrofy, w której następstwie wielki wir pyłowy wciągaSelene pod powierzchnię i pasażerowie wraz z dwuosobową załogą (pilot i stewardessa, pełniąca też rolę przewodniczki) zostają uwięzieni w głębinie. Cała reszta książki to szczegółowo opisane meandry pierwszej akcji ratowniczej, zarzuconej wskutek błędnego zlokalizowania miejsca katastrofy, rozważań kwestii odzyskania ciał (gdyż bardzo szybko uznaje się tam, że ludzie z Selene zginęli) oraz mozolnego dochodzenia paru zapaleńców do prawdy i drobiazgowo pokazanej drugiej akcji ratowniczej. Clarke sporo uwagi poświęca wymyślaniu kolejnych nieszczęść spadających na uwięziony stateczek i dokłada starań, aby było to wszystko oparte na rzetelnych podstawach: prawach fizyki, zasadach mechaniki płynów, chemii – nie to jest jednak największą wartością tej powieści.

Dochodzę tu do naprawdę wizjonerskiego elementu książki – opisanej przez Clarke’a księżycowej rzeczywistości XXI wieku. A rzeczywistość ta skrzeczy: Księżyc jest skomercjalizowany, od przedsięwzięć żąda się samofinansowania, stąd księżycowa turystyka, którą zresztą rządzi (jak większością opisywanych spraw) bożek maksymalizacji zysku. W związku z tym pracownicy pełniący ważne funkcje są słabo opłacani i muszą borykać się z różnymi niedoborami. Sporo miejsca poświęca się też rozważaniom nad ubezpieczeniami i „waiverami” podpisanymi przez turystów, którzy musieli zrzec się wypłaty ubezpieczeń w razie wypadku z powodu „świadomości zagrożenia”. No bo przecież towarzystwa ubezpieczeniowe nie są po to, by pomagać ludziom, tylko swoim udziałowcom, „inwestorom”. Jak już kiedyś pisałem, zostało to jasno wyłożone w pierwszych Iniemamocnych.

Księżycowy pył reprezentuje hard fiction, mamy więc dokładne opisy mechanizmów statku Selene oraz zachowań pyłu, ale Clarke podejmuje też próbę pogłębienia psychologii bohaterów. Co prawda to nie Lem, u którego nawet pozbawieni indywidualnych personaliów bohaterowie Edenu (kosmonauci są tam nazywani od wykonywanych profesji: Doktor, Fizyk, Chemik, Cybernetyk itd.) mają indywidualne psychiki kierujące ich postępowaniem. Księżycowy pył teoretycznie przypomina trzaskane w latach 60. i 70. taśmowo bestselery lotnicze w rodzaju 714 wzywa pomocy (Johna Castle’a i Arthura Haileya, w rzeczywistości książkowa wersja scenariusza serialu telewizyjnego) albo serii Portów lotniczych (Arthura Haileya). Ekranizowano je wówczas z powodzeniem, a do tego samego schematu należałoby też zaliczyć takie klasyki kina katastroficznego jak Tragedia Posejdona, Płonący wieżowiec czy Trzęsienie ziemi. Postacie z tych filmów i książek są po prostu realizacją nieustannie tego samego schematu fabularnego obsadzanego przez ciągle takie same typy, niczym w komedii dell’arte: męski mężczyzna obejmujący przywództwo, piękne i dzielne kobiety, które jednakże trzeba uratować, etatowy fajtłapa lub maruda, często też czarne charaktery w postaci nieudolnych urzędników państwowych lub stanowych.

Wszystkie te typy znajdziemy też u Clarke’a – trzeba jednak oddać mu sprawiedliwość, że próbuje pewnej analizy psychologicznej, zwłaszcza u pasażerów zatopionego statku. Pod tym względem Księżycowy pył jest o wiele bardziej zaawansowany niż recenzowane tu przeze mnie wcześniej książczyny van Vogta albo hurraamerykańska młodzieżówka Heinleina.

Jednym z turystów jest komandor Hansteen – stary dowódca, legenda astronautyki, który lubi się poczuć znowu w siodle i podowodzić w sytuacji kryzysowej. Pan kapitan Selene, Harris, jest dzielnym, aczkolwiek początkowo sztampowym bezbarwnym profesjonalistą, który czuje miętę do nieco schematycznie nakreślonej stewardessy Sue Wilkins (mogłaby ją zagrać dosłownie każda młoda amerykańska blondynka). Obie te postacie jednak rozwijają się w trakcie historii i wykazują reakcje wykraczające poza determinację czy panikę w obliczu katastrofy.

Pasażerowie to dość zróżnicowana grupa, co wychodzi w próbach zorganizowania im zajęcia w oczekiwaniu na ratunek, aczkolwiek pomysł, że ktoś mógłby wozić ze sobą w kosmos dzieła Comte’a (pozytywistyczny filozof XIX-wieczny) lekko dziś trąci groteską. Ogólnie ich psychologia również jest pogłębiana w miarę postępów fabuły, co pokazują przemyślenia Hansteena. Znalazło się w tym nielicznym gronie (łącznie niewiele ponad 20 osób) nawet miejsce dla typowo amerykańskiej „moralistki”, którą drażni to, że przystojny kapitan i zgrabna stewardessa zbyt dużo czasu poświęcają na prace na osobności. W pierwszym przypadku rzeczywiście pracowali, w drugim postanowili drażnić hipokrytkę, a szczegóły Clarke pozostawił wyobraźni czytelnika.

No i gwóźdź programu, w pewnym momencie z grona pasażerów ujawnia się… wyznawca spiskowej „teorii” dziejów o UFO, adept charakterystycznej dla takich osobników paranoi, niejaki Radley. Otóż on bardzo przeprasza całe grono za to, że ściągnął na nich katastrofę. Ponieważ albowiem odwiedzający od tysięcy lat Ziemię kosmici wiedzą, że Radley jest już blisko zdobycia dowodów na ich istnienie (którego, rzecz jasna, nie życzą sobie ujawniać), więc postanowili go zabić.

Wszyscy obecni na pokładzie zasypanej „Selene” patrzą na niego jak na raroga i uważają za kompletnego idiotę, a przynajmniej niezrównoważonego psychicznie. Według perspektywy przyszłości pokazanej Clarke’a wiara w „starożytnych kosmitów” i paranoiczne dopatrywanie się we wszystkim działania „obcych” była zjawiskiem efemerycznym, które przeminęło, gdy ludzkość zaczęła opanowywać kosmos. Można się tu tylko uśmiechnąć łagodnie nad naiwnością ścisłowca z czasów powojennej, racjonalistycznej Ameryki. Ciekawe, co ACC myślał na temat bardziej współczesnych czasów (zmarł w 2008 roku): ery rozpanoszenia totalnej głupoty i manii antyszczepionkowej, płaskoziemskiej, homeopatycznej, chemtrailsowej, „lądowanie na Księżycu sfałszował Kubrick” (Buzz Aldrin, jedyny żyjący jeszcze członek załogi Apollo 11, bije za to w gębę, choć ma 96 lat), „NASA kłamie” itp. itd. etc.

Mamy też w książce naukowca, dzięki któremu turyści zostają ostatecznie uratowani. Tom Lawson, astronom pracujący w stacji ulokowanej w punkcie Lagrange’a 2 i postrzegany przez otoczenie jako dziwak i odludek, człowiek „społecznie niedostosowany”. Dziś z całą pewnością sklasyfikowalibyśmy go jako osobę w spektrum autyzmu. Dzięki swoim kompetencjom, pomysłowości i zamiłowaniu do rzetelnej pracy dostrzega rzeczy, które umknęły innym i buduje urządzenie umożliwiające zlokalizowanie zatopionej w pyle „Selene”. Jednak podejmując interwencję, wielokrotnie musi „wyjść ze swojej skorupy”, jak powiedziałaby osoba neurotypowa. W czasach publikacji powieści na pewno tak było to widziane, dzisiaj mamy trochę inne podejście, przynajmniej część populacji.

Jest u Clarke’a jeszcze jeden realistyczny i mało optymistyczny element, który zresztą widzimy wokół siebie. Chodzi o to, że ludzka mentalność niewiele się zmienia – tak w rzeczywistości, mimo postępu naukowo-technicznego, jak i w powieści, mimo zaawansowanego wyjścia w kosmos, ludzie są tak samo żądni zysku i obrony uprzywilejowanej pozycji. Tyle że w czasach autora jeszcze nie miało to tak patologicznej formy jak dzisiaj. Podobną sytuację pokazuje wiele innych książek SF, nawet przed cyberpunkiem. Np. w napisanym w latach 70. Gwiezdnym tańcu Jeanne i Spidera Robinsonów istnieje jeden wielki orbitalny kompleks produkcyjny należący do korporacji i spory wątek stanowią przepychanki z jej właścicielem (zakończone nadmiernie optymistycznie, tj. całkowitym pokonaniem molocha). A później powstał i cieszy się nieustanną popularnością serial Star Trek, ukazujący komunizm przyszłości… Bohaterowie nie martwią się tam o pieniądze, nie płacą w kantynach ani szpitalach – kwestie płatnicze pojawiają się tam głównie w kontaktach z mniej rozwiniętymi cywilizacjami. I to wszystko mimo tego, że komunizmowi udało się na Zachodzie przyprawić gębę totalitaryzmu i ujednolicić jedno z drugim.

Czy zatem warto sięgnąć dziś po powieść SF napisaną 65 lat temu? I to przez pisarza, którego głównym walorem – nie czarujmy się – jest nie talent literacki, tylko zamiłowanie do popularyzowania nauki? Myślę, że może ona być atrakcyjna głównie dla takich jak ja miłośników hard fiction, których drażnią dziwne pomysły z amerykańskich filmów „sci”-fi. Znajdziemy tam np. przerabianie reaktora jądrowego na bombę termojądrową (Mroczny Rycerz, rzecz technicznie niemożliwa), podgrzewanie słoneczka bombą atomową (W stronę słońca, kompletnie nie ta skala), nie wspominając już o piramidalnych bzdurach Emmericha. Od tych produkcji lepsze wydaje się nawet obejrzenie Lalki na Netfliksie 😉

[Ilustracje: okładka książki w opracowaniu Sławomira Folkmana, autor grafiki – Igor Mroziński]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *