W krainie kwitnących samurajów 2

Dzień 1. Spacery po Tokio

Dzień pierwszy był męczący, bo założyłem sandały zamiast adidasów – być może odrobinę usprawiedliwia mnie zapowiedziana temperatura rzędu 35 stopni (i nie chodziło o stopnie Fahrenheita). Zerwaliśmy się rannym świtem o ósmej, a i tak udało się nam wyjść z hotelu 40 minut przed czasem (które to minuty bez problemu zmarnowaliśmy pod koniec dnia w Akihabarze, ale o tym potym).

Pierwszy punkt programu stanowiła świątynia Meiji, którą poprzedził spacer ul. Takeshita z wieloma zabawnymi sklepami (w jednym z nich nabyłem oszałamiającego t-shirta z nadrukiem stanowiącym połączenie słynnej fali Hokusaia z atakiem Godzilli). Będąc już w parku okalającym świątynię zboczyliśmy do miniparku założonego podobno na rozkaz dajmio Kato Kiyomasy z Kobe. Bardzo klimatyczne miejsce, choć kwitły w sumie tylko lilie wodne w stawie (w którym ryby, mimo zakazu karmienia, na widok turystów roiły się tłumnie przy pomoście wędkarskim). Świątynia Meiji jest również bardzo pięknym miejscem. Odbywało się tam dziś dużo ślubów w pełnym rynsztunku, z udziałem kapłanów, w tradycyjnych strojach.

Kolejnym punktem programu było muzeum Edo-Tokyo, prezentujące historię Tokio , głównie na makietach i zrekonstruowanych pomieszczeniach. Fajna była interaktywność muzeum – można tam było m.in. spróbować siedzenia w lektyce i rikszy, noszenia nosidła z kubłami nawozu (bez prawdziwego nawozu), noszenia nosidła z warzywami (warzywa, mam wrażenie, również były sztuczne) oraz powiewania „sztandarem” straży pożarnej z czasów szogunatu. Chorąży tym sztandarem miał zagrzewać strażaków do walki z pożarem, gdyby nie było im jeszcze odpowiednio gorąco.

Zagrzewam

Przy okazji okazało się, że muzeum stoi w tej samej okolicy, co słynna arena sumo Ryōgoku Kokugikan, znana mi z dawnych transmisji na Eurosporcie. Że coś jest na rzeczy, wiedziałem już, gdy do metra wsiadł postawny facet w klapkach i kimonie, z charakterystycznym zaczesanym do przodu kucykiem. Po drodze do muzeum widzieliśmy jeszcze kilku innych 🙂

Zabrakło mi paru centymetrów do Akebono

Po szybkim lanczyku (którego bym nie zjadł, gdybym wiedział, że wieczorem mamy kolację w knajpie) wskoczyliśmy w kolejną kolejkę i metro (pod Tokio jest niemal całe podziemne miasto, które zwiedzałem z dużą ochotą, ponieważ panowała w nim normalna temperatura, a nie 500°C jak na powierzchni). I wkrótce potem zameldowaliśmy się na ulicy Nakamise (wedle słów mojej córki – tokijskie Krupówki). Od groma straganów z różnym żarciem i pamiątkami. Na końcu tej ulicy była świątynia Sensoji, jednak znajduje się ona bardziej w mieście i podobała mi się nieco mniej niż Meiji. Ale miała za to godną uwagi pagodę.

Ostatnim miejscem na dziś była dzielnica Akihabara, czyli Mekka maniaków mangi, anime i gier. Tony sklepów z figurkami, komiksami, płytami, grami, t-shirtami, zabawkami, ręcznikami itp. itd. etc. Chciałem kupić dla jaj synowi jakiś zalatujący hentaiem ręcznik, ale jakoś nie wyszło. W każdym razie Akihabara to jest kompletny kosmos, chyba najbardziej w całym Tokio. Po pół godzinie miałem wrażenie, że za chwilę wpadnie tu Godzilla z jakimś koleżką i zaczną równać miasto z ziemią (niektóre tamtejsze miejsca może nawet na to by zasługiwały 😉 ). Potem poszliśmy uliczkami, na których ubrane w „mundurki szkolne” młode i zgrabne Japonki w absurdalnych buciorach reklamowały różne rzeczy, do restauracyjki Merino, w której zjedliśmy bardzo smaczne siabu-siabu z baraniną, przystrojone watą cukrową, która udawała owczą wełnę. A do hotelu zawiozła nas taksówka, bo dojść do stacji metra nie bylibyśmy już w stanie (zresztą przesiadki…).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.