47. My Time at Portia

PC, Nintendo Switch, PlayStation 4, Xbox One

W zamierzchłych czasach pierwszej dekady XXI wieku, kiedy Facebook był jeszcze młody, studio Zynga wypuściło grę o nazwie „FarmVille” (2009). Tytuł ten, początkowo wyłącznie mobilny, a potem przeglądarkowy, przeflancowano na Facebooka, gdzie prędko stał się najpopularniejszą grą (2010-11) – a równocześnie jednym z największych przekleństw dla rozsądnych użytkowników Fejsa (są i tacy 😉 ). Mówiąc krótko, gra polegała na prowadzeniu gospodarstwa rolnego i uprawianiu różnych roślinek, jednak rzecz w tym, że im bardziej zaawansowana była jakaś czynność w grze, tym więcej kosztowała energii i tym dłużej trwało jej ukończenie. Można to było przyspieszyć albo za pomocą specjalnej waluty w grze do kupienia za prawdziwe pieniądze (bo sama gra była „darmowa”; ten model, dziś powszechny, w owym czasie nie był jeszcze zbyt znany), albo wysyłając znajomym powiadomienia z prośbą o pomoc. Znajomym można było też wysyłać inne rzeczy z gry, za co gra przyznawała niewielkie gratyfikacje (boż w końcu był to sposób reklamy i zarażania innych użytkowników). Gdy „FarmVille” się rozpowszechniło, zmorą Facebooka stała się codzienna lawina powiadomień i niechcianych zaproszeń do gry, zwłaszcza że inni producenci gier czym prędzej podchwycili tę sposobność pomnożenia zarobków, jaką było umieszczenie gry na Fejsie.

Popularność pomysłu z „FarmVille” – gracz wcielający się w rolnika, czy raczej „rolnika”, ponieważ trudno uznawać tego typu gry za symulacje (takie też istnieją, patrz przeróżne „Farming Simulatory” i „Farm Managery”) – okazała się tak wielka, że już wkrótce zaczęły się pojawiać normalne gry tego typu, niewymagające płacenia za cokolwiek podczas rozgrywki. Należy do nich zwłaszcza „Stardew Valley”, lecz istnieje całe stado jej klonów – niedawno pojawiła się np. zabawna wariacja na temat, zatytułowana „Graveyard Keeper”, gdzie zamiast farmy prowadzimy lokalny cmentarz. Z drugiej strony sama idea grania w farmera jest znacznie starsza – wystarczy przypomnieć słynną serię „Animal Crossing” wydawaną od 2001 roku na konsole Nintendo, którą poprzedza inna seria z Nintendo, „Harvest Moon” (pierwsza część wydana w 1996 roku jeszcze na konsolę SNES).

Ale najstarszym wykopaliskiem z tego gatunku jest gra pecetowa „SimFarm” (1993) firmy Maxis, z podtytułem „wiejski kuzyn SimCity”. Również w tym przypadku realizm jest dość ograniczony – zajmujemy się przede wszystkim zarządzaniem farmą: przygotowaniem pól, kupowaniem sprzętu, rozmieszczaniem budynków, wybieraniem zbóż i zwierząt do hodowli, wysyłaniem dorodnych egzemplarzy na konkursy itd. „SimFarm” ma nie tylko cykl pór roku, ale i system pogodowy, a nawet – co jest dość rzadkie w tego typu grach – klęski żywiołowe, które mogą zakłócać działanie naszego gospodarstwa. Nie ma tu natomiast cyklu dobowego i zużywanej na różne czynności energii postaci gracza, elementów powszechnych w „darmowych” grach przeglądarkowych i mobilnych.

I nie ma jeszcze jednego elementu, elementu społecznościowego – nie w sensie mediów społecznościowych, ale tego, że postać gracza jest członkiem okolicznej społeczności i gra oczekuje, że będziemy nawiązywać stosunki społeczne, zaprzyjaźniać się, pomagać innym, flirtować, a nawet żenić się i rozmnażać. Dziś ten aspekt występuje na ogół w każdej grze zbliżonej do tego gatunku.

Gra, o której chciałem dzisiaj napisać (tak! wreszcie przechodzimy do rzeczy!), „My Time at Portia” z 2019 roku, zawiera właściwie to wszystko. Akcja rozgrywa się tu w świecie postapo, ale ta apokalipsa (nie całkiem określony kataklizm ekologiczny, który spowodował zapadnięcie ciemności na całym świecie) nie była jakaś superpoważna. Niby doszło do upadku cywilizacji (jej ślady widzimy w postaci licznych ruin wielkich budowli), ale ludzkość nadal ma miasta, naukowców, technologię i niestety kościół (tradycyjnie antynaukowy), a świat nie jest, jak mawiał Szef Pingwinów z Madagaskaru, jałowym pustkowiem przemierzanym przez prymitywne garstki nomadów. Przybywamy do miasta Portia, w którym nasz ojciec miał kiedyś warsztat, który odziedziczyliśmy. Początkowo jest to tylko zrujnowana chałupa na niewielkiej działce, ale już nasza w tym głowa, by zmienić ją w półautomatyczną manufakturę, obejmującą dodatkowo luksusową rezydencję z ogrodem.

Grafika jest kreskówkowo umowna, postacie wielkogłowe i wszystko silnie zalatuje japońszczyzną, a konkretniej japońską wizją Europy (albo ogólnie Zachodu), jaką widzieliśmy już w „Valkyria Chronicles”. Tyle że gra jest chińska 🙂 Ale to nie jest specjalnie istotne. Naszym celem, prócz rozbudowy własnego interesu, jest wsiąknięcie w lokalną społeczność i zżycie się z nią. Społeczność obejmuje m.in. burmistrza, przeróżnych sklepikarzy i rolników, księdza, nauczycielkę, pracowników miejskiego laboratorium, sadu, redakcji gazety, szpitalika oraz towarzystwa odkrywców, a także kupę dzieciaków oraz psa i kota (różowego). Po drodze zbieramy multum przeróżnych surowców i wytwarzamy najróżniejsze przedmioty, począwszy od biżuterii i sprzętów domowych, poprzez pojazdy i maszyny do naszego warsztatu (garnki, piece, tokarki, obrabiarki itp.), aż po elementy konstrukcyjne mostów, domów i przystanków miejscowych „taksówek” – oraz naszej rezydencji. Robimy to na potrzeby własne, zleceń od miejscowych władz i organizacji, a także na prośbę mieszkańców miasta. Ci ostatni co rusz to potrzebują jakichś sprzętów, a to systemu nawadniającego, a to eksponatów do muzeum czy maszyny drukarskiej dla redakcji miejskiej gazety.

Wsiąkanie w lokalną społeczność obejmuje też nawiązywanie przyjaźni oraz podryw. Odbywają się one drogą wręczania prezentów i wykonywania przysług, a podryw – także randkowania (zaczynamy od kolacji, dobrze jest sprawdzić preferencje gastronomiczne celu naszych starań; potem różnego typu aktywności: lot balonem, huśtanie, oglądanie gwiazd, spacery i rozmowy). Płeć bohatera wybieramy przy rozpoczęciu gry, zresztą gra dopuszcza randkowanie w dowolnej kombinacji. Jeśli będziemy wytrwali, dojdziemy aż do ślubu i potomstwa. Dodatkowo małżonek lub małżonka daje nam czasem prezenty albo wykonuje różne przydatne prace. Mój bohater pragmatycznie poślubił córkę rolnika, ponieważ potrafi się ona zajmować gospodarstwem, tzn. oporządza naszą trzodę chlewną i inną oraz pracuje w naszym ogrodzie: nawozi i podlewa roślinki, a także zbiera owoce. Jeśli ktoś woli być romantyczny, ma do dyspozycji m.in. biuściastą pielęgniarkę albo sentymentalną i chorowitą siostrę malarza. Opcji męskich nie badałem, ale sporo przystojniaków się po mieście kręci.

Element społecznościowy obejmuje też kalendarz. Oprócz cyklu dobowego gra ma też cykl tygodniowy i roczny (rok dzieli się na cztery „miesiące-pory roku” po cztery tygodnie). Kalendarz zawiera urodziny poszczególnych postaci (prezenty dawane w dzień urodziny dają nam dodatkowe punkty znajomości) oraz święta, podczas których mają miejsce różne imprezy. Możemy m.in. brać udział w wyścigach, turnieju gotowania, łapaniu prezentów zrzucanych ze sterowca, bitwie na śnieżki itd. Pory roku mają też wpływ na to, jakie rośliny możemy zasadzić w naszym ogrodzie.

Świat gry ma wielkość w sam raz i składa się z wielu części, do których dostęp uzyskujemy w wyniku wykonywania misji głównego wątku (zwykle dotyczących budowania różnych rzecz, np. mostów). Poruszamy się po nim nie tylko na piechotę, ale także na koniu i pojazdami typu latająca świnia oraz taksówki (stanowią system szybkiej podróży). W okolicach miasta znajduje się też kilka kopalń, w których możemy wydobywać surowce (przede wszystkim metale: miedź, cynę, ołów, mangan, żelazo) oraz relikty przeszłości, z których konstruujemy fascynujące przedmioty w rodzaju pralek i innych artykułów gospodarstwa domowego (można je postawić u siebie w domu lub oddać do muzeum, za co dostajemy gratyfikacje). Prócz głównego wątku fabularnego składającego się z długiej serii misji wiele postaci ma własne łańcuchy zadań, możemy również wykonywać zlecenia z ogłoszeń wywieszanych każdego ranka w ratuszu. Sam główny wątek jest dość interesującą historyjką z wieloma zwrotami akcji; trochę zalatuje to filmami Ghibli (z uwagi na setting gry chyba w największym stopniu kojarzyło mi się to z Laputa: Castle in the Sky, bo tam również trafiamy do mechanicznego miasta dawnej cywilizacji).

„My Time at Portia”  zawiera też element walki. W niektórych częściach świata kręcą się agresywne stworzenia, ponadto dostępne są „dungeony” (czyli lochy albo, jak powiedziałby fan MMORPG, instancje). Niektóre dungeony odwiedzamy w ramach misji (i te miejsca bywają specyficzne, dostępne wyłącznie przy takiej okazji), ale do większości możemy zaglądać, gdy tylko przyjdzie nam ochota. Lochy (które tak naprawdę mogą być kopalnią albo jakimś opuszczonym budynkiem) zawierają również agresywne stwory i oferują możliwości zdobycia szczególnie cennych i rzadkich surowców. Przeciwnikami są różne zwierzęta w rodzaju wrednych krabów i nietoperzy, a także zbuntowane roboty. Przejście lochu kończy się walką z bossem, czyli szczególnie silnym przeciwnikiem – i tak naprawdę jest to jedyny wymagający moment rozgrywki. Cała reszta jest po prostu łatwa, a gra stanowi bardziej próbę cierpliwości i wytrwałości gracza, a nie jego zręczności czy talentów taktycznych. Jest to zresztą charakterystyczne dla gatunku – ogólnie przy tego typu grach można się dobrze relaksować. Natomiast jeśli ktoś nie lubi tzw. grindu, czyli wielokrotnego powtarzania tych samych czynności, to „My Time at Portia” może go dość szybko znudzić. Grind (np. eksplorowanie kopalń albo zbieranie surowców przez polowanie lub ścinanie drzew) jest niestety niezbędny do przebicia się przez główny wątek fabularny, a także rozbudowy naszej posiadłości.

Postać gracza jest opisywana kilkoma współczynnikami (takimi jak punkty zdrowia, wytrzymałości i energii – wytrzymałość określa, jak długo możemy biegać, a energię zużywa każda czynność związana z pozyskiwaniem surowców), ma też drzewko umiejętności. Zabijanie przeciwników oraz wykonywanie misji i zleceń daje nam punkty doświadczenia, a przy awansie na wyższy poziom dostajemy punkty umiejętności, które wydajemy w drzewku. To zabijanie zresztą trochę się kłóci z ogólnym nastrojem gry, który jest dość słodki i bajkowy. Niestety w wielu momentach po prostu musimy np. eksterminować puchate lamy albo magiczne króliki w cylindrach, bo jest to jedyny sposób zdobywania konkretnych niezbędnych surowców. Ale chyba i tak Portia nie nadaje się na grę dla małych dzieci, bo jej mechanika jest raczej skomplikowana.

Inne gry tego typu (bez walki):

– „Farm Together”, to jest dosłownie singlowe „FarmVille”, tylko w 3D i bez płacenia za wszystko specjalną walutą (ale za to z plagą płatnych kosmetycznych DLC, które na szczęście nie są niezbędne do grania).

– „Garden Paws”, zamiast kjut ludzików kjut zwierzątka, ale tak samo jak w Portii, zbieranie, craftowanie, uprawianie, hodowanie, kontaktów nawiązywanie i domu rozbudowywanie, wszystko w kreskówkowej idyllicznej grafice.

– „Yonder: the Cloud Catcher Chronicles”, raczej przygodowa gra akcji (action adventure), ale także z dużym akcentem na crafting umożliwiający otwarcie kolejnych części świata; rozwiązujemy tu zagadkę najazdu sił ciemności na świat i zasadniczo najbardziej z tych wszystkich tytułów ta gra nadaje się dla małych dzieci, aczkolwiek mogą sobie nie poradzić bez pomocy rodziców, zwłaszcza że brak polskiej wersji.

Aktualnie powstaje kontynuacja zatytułowana „My Time at Sandrock”, którą można wesprzeć na Kickstarterze.

Screenshoty własne.

Kategorie:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.