31. Final Fantasy VII

PlayStation, PC

Zaczynamy suplement 1., konsolowy. Jak można łatwo zauważyć z opisywanych tytułów, gram przede wszystkim na PC. Nigdy nie miałem komputera ośmiobitowego ani Amigi, więc nie znajdzie się u mnie gier z tych platform, jeśli nie miały wersji (tzw. portu) na peceta. Trochę podobnie jest z konsolami – jako pierwszą kupiłem dopiero Nintendo GameCube, głównie dlatego, by grać w „Paper Mario: Thousand Year Door” (będzie, będzie). Potem PSP, głównie po to, by się rozczarować „Crisis Core: Final Fantasy VII”. Potem już poszło szybko, przy czym większość tego sprzętu zawłaszczyły moje dzieci, poza XBoksem (którego kupiłem, żeby zagrać w Fable 2, w które w sumie grałem tyle co nic). Więcej chyba grałem w gry konsolowe na pecetowych emulatorach, szczególnie emulatorze SNES-a i Nintendo 64. Głównie na rzeczy były RPG-i z Mariem. Ale z tytułów konsolowych jako pierwszy wymienię ten, w który grałem… na PC 😀

„Final Fantasy VII” z 1997 roku to oczywiście rzecz nieunikniona, gdyż jest to jeden z najbardziej fenomenalnych RPG, a konkretnie podgatunku zwanego jRPG, czyli japońskie RPG. „Japońskość” obejmuje kilka elementów – wielkie oczy znane z anime, wielkie miecze (tak średnio na półtora do dwóch metrów), wielkie… ehm… niektóre części ciała, skąpe zbroje/stroje postaci kobiecych, nietypowe fryzury. W przypadku, gdy mamy do czynienia z settingiem typu średniowieczne fantasy albo alternatywna historia świata, dochodzi jeszcze niekiedy japońskie wyobrażenie Europy (ten temat powróci przy innej grze).

FF7 jest kolejną, choć w sumie wcale nie siódmą, grą z serii, która zaczęła się w 1987 roku i wcześniej była wydawana wyłącznie na konsole Nintendo (no dobra, FF7 jest siódmą grą GŁÓWNEJ serii Final Fantasy). Była to pierwsza część cyklu, która ukazała się na innej konsoli, mianowicie PlayStation 2, co pociągnęło za sobą znaczny postęp techniczny. Dzięki możliwości publikacji na mającej więcej miejsca płycie CD (konkretnie na trzech, wersja PC na czterech) gra otrzymała mnóstwo prerenderowanych przerywników filmowych, tzn. przypominających prawdziwe filmy z „realistycznie” wyglądającymi bohaterami, a postacie stały się teksturowanymi modelami trójwymiarowymi (we wcześniejszych częściach były „kreskówkowe” i dwuwymiarowe). FF7 jest grą z prawdziwie otwartym światem – możemy biegać po całej planecie, po której rozsiane są lokacje (pełne 3D), aczkolwiek żeby dotrzeć wszędzie, potrzebny jest specjalny wierzchowiec – złote chocobo. Chocobo to są takie nielotne ptaki będące skrzyżowaniem strusia z Wielkim Ptakiem z Ulicy Sezamkowej; złoty potrafi podróżować po każdym rodzaju terenu włącznie z oceanem, ale musimy go wyhodować ze schwytanych wcześniej innych odmian, co wymaga mnóstwo czasu i zachodu. Z kolei lokacje są statycznymi tłami, które mają niektóre strefy dostępne dla gracza, a inne nie. FF7 ma też bardzo bogaty soundtrack liczący prawie 100 utworów.

FF7 była pierwszą grą z serii, która otrzymała port na inną platformę, i to niekonsolową – czyli na PC z systemem Windows. Znakomicie zwiększyło to zainteresowanie gaijinów gatunkiem jRPG, bo wcześniej na pececie były dostępne tylko nieliczne takie tytuły. Podobnie było potem z częścią ósmą, moim zdaniem dużo słabszą, natomiast FF9, która w serwisie Metacritic ma najwyższą ocenę z całej serii i jest powszechnie uważana za jedną z najlepszych jRPG w dziejach, wydana w 2000 roku, dostała porty na inne platformy dopiero kilkanaście lat po wydaniu. Do dziś FF7 jest rekordowa, jeśli chodzi o liczbę platform; podobnie jak Skyrim, ukazała się na wszystko, włącznie ze smartfonem i lodówką. Na dodatek w bieżącym roku dostała jeszcze pełnowymiarowy remake, w który jak dotąd nie zagrałem, bo się boję.

No dobrze, na czym polega wyjątkowość FF7? O nowatorstwie technicznym już pisałem, ale pod względem formalnym jest to w zasadzie dość typowa jRPG. Tyle tylko, że wszystkie elementy tego gatunku są w niej zrobione wyjątkowo dobrze. Mamy tam doskonale napisaną, iście filmową fabułę, zgodnie z którą walczymy w szeregach powstańczej bojówki Avalanche z korporacją Shinra, która zajmuje się eksploatowaniem energii życiowej planety (co wkrótce doprowadzi do wyginięcia całego życia, a zresztą i tak nadlatuje wielki meteor). Choć mamy sporo rzeczy do roboty, główny wątek jest liniowy i gra nie daje możliwości konfigurowania postaci bohaterów. Fabuła wije się i skręca, obfituje w dramatyczne momenty, związane m.in. z odzyskiwaniem wspomnień przez głównego bohatera, ale także ze śmiercią jednej z naszych głównych postaci (co jest prawdziwym ewenementem nie tylko w grach, ale i w anime, gdzie najczęściej bardzo mocno zabity i dramatycznie umierający przez kilka minut członek ekipy okazuje się po walce lub w następnym odcinku całkiem żywy).

Mamy w FF7 galerię znakomicie obmyślonych postaci, zarówno bohaterów z naszej drużyny, jak i NPC i przeciwników. Główny bohater imieniem Cloud to były członek reżimowych wojsk, podobnie jak główny antagonista naszej ekipy, Sephiroth. Cloud cierpi na amnezję (bardzo ograny chwyt w RPG, był też w Wiedźminie 2) i w trakcie rozgrywki odzyskuje „wspomnienia”. Prócz niego mamy całą gromadę osób płci obojga, w tym m.in. osiłka Barreta i Tifę z organizacji Avalanche, kwiaciarkę i uzdrowicielkę Aerith, inteligentnego „psa” Reda XIII, wampira Vincenta (w sumie nie pamiętam, czy on jest naprawdę wampirem, w każdym razie, gdy go znajdujemy, śpi w trumnie). Każda z tych postaci ma swój charakter i historię, a w trakcie rozgrywki występują między nimi różne interakcje; Cloud może też randkować z jedną z dostępnych w drużynie pań. Te elementy też były nowością dla nie-Japończyków, ponieważ w zachodnich grach raczej nie występowały (chyba pierwszą, w której się znalazły, aczkolwiek też dość ograniczone, było „Baldur’s Gate”).

System rozwoju postaci i ekwipunku to standard jRPG, ale system walki to prawdziwy majstersztyk. Jest on powiązany z występowaniem w grze tzw. Materii – różnokolorowych kulek, które można umieszczać w specjalnych slotach w broni i zbrojach. Dzięki temu otrzymujemy premie do cech oraz dostęp do specjalnych ataków i innych czynności, np. leczenia. Niektóre Materie umożliwiają też przywoływanie awatarów, bardzo potężnych istot zapewniających duże korzyści drużynie. Tym przywołaniom towarzyszą bardzo efektowne, czasem kilkudziesięciosekundowe animacje. Materia umieszczona w slotach ekwipunku również zdobywa doświadczenie, rozwija się i zwiększa swoje możliwości, a gdy dotrze do maksimum rozwoju, generuje nową Materię. Walka jest w zasadzie turowa, ale bardzo dynamiczna. Każda z uczestniczących w niej postaci (trójka z naszej strony, przeciwników może być więcej) ma pasek inicjatywy, który wypełnia się z upływem czasu, a gdy wypełni się do końca, wtedy możemy wydać rozkaz danej postaci (atak, magia, użycie przedmiotu, przywołanie itp.). W grze występuje też wielu bossów, czyli niestandardowych przeciwników, najczęściej dużych i dysponujących paskudnymi nietypowymi atakami. Do walk z bossami należą też starcia z grubymi rybami z Shinry, które są niestety bardzo denerwujące, ponieważ przez większość gry kończą się tym, że pokonani wrogowie nie zostają zlikwidowani, tylko uciekają przed nami (zupełnie jak Zoltar na koniec każdego odcinka „Załogi G”).

Gra miała fenomenalne przerywniki filmowe (w wersji PC popsute paskudnie brudzącym algorytmem konwersji). Tutaj scena, którą zapamiętałem najbardziej – start obudzonego przez bohaterów wielkiego robota o nazwie Weapon:

A tu inna scena z Weaponem (oni mówią do niego „Mr Monster” 😀 )

Choć oryginalna wersja FF7 dostępna na Steamie wygląda już dziś mocno przestarzale, uważam, że i tak warto w nią zagrać, zwłaszcza że jest tania i zapewnia kilkadziesiąt godzin zabawy (jak ktoś się uprze, żeby wyhodować złote chocobo, które jest jedynym sposobem na zdobycie najpotężniejszego awatara do przywołania, to spokojnie nabije ponad 100).

Suplement: Po kilku godzinach grania w remake mogę powiedzieć, że nie jest źle. Remake ma jedną poważną wadę, mianowicie okulawiony system walki, polegający, jak w najnowszych częściach serii, na mashowaniu przycisków gamepada. Między naszymi postaciami trzeba się specjalnie przełączać, przez co w prawie wszystkich walkach steruję bezpośrednio tylko jedną z nich, a pozostało coś tam niby robią. Być może w przypadku walk z trudniejszymi bossami trzeba będzie stosować jakieś taktyki, tylko nie bardzo wiem, jak można się tego nauczyć. Niezależnie od tego remake stanowi bardzo udaną próbę przeniesienia starej gry w dzisiejsze realia techniczne. Grafika jest oczywiście pełnym 3D i wygląda znakomicie, w wielu miejscach bardzo nastrojowo (zwłaszcza nocą). Muzyka to już rzecz jasna nie midi udające orkiestrę, jak w oryginale, tylko prawdziwa orkiestra (aczkolwiek twórcy mogliby popracować nad algorytmem dostosowania muzyki do akcji, bo za dużo słyszy się denerwującego tematu z walki). Druga wada remake’u wynika z „odcinkowości” wydawania tego tytułu. Dostaniemy zapewne całość FF7 (w tej części nawet nie wychodzimy z Midgaru „na świat”), ale będziemy musieli za to zapłacić tyle, co za 3-4 gry. Znak czasów.

Na obrazkach – trzy sceny z filmików: Aerith, Sephiroth i Midgar (miasto, w którym rozgrywa się spora część wydarzeń) i trzy screenshoty z gry: Cloud summonuje, walka z bossem, wyścigi chocobo.

Kategorie: