124. Half-Life 2

PC, Xbox, Xbox 360, PlayStation 3, Mac OS X, Linux, Android

Oto kolejna gra, którą przychodzi mi opisywać z pewną taką nieśmiałością… A właściwie nie, będę ją opisywać normalnie. Bardzo dobry tytuł, który lubię i uważam za bez porównania lepszy od pierwszej części, ale bez przesady z tym kultem. To w końcu tylko najlepszy FPS, w jaki grałem. Grałem zaś w bardzo dużo ich, zwłaszcza kiedy jeszcze ten gatunek znajdował się w głównej sferze moich zainteresowań growych.

Pierwszy „Half-Life”, wydany w 1998 roku, sporo namieszał w gatunku FPS-ów, czyli strzelanek z widokiem z oczu postaci. Pisałem już o tym kilkakrotnie przy okazji różnych fragmentów historii gatunku. Na mnie jednak nie wywarł aż takiego wrażenia, więc na dwójkę jakoś specjalnie nie czekałem. Zwłaszcza po kontakcie z wersją demo, która była przy okazji moim (i większości graczy) pierwszym kontaktem z taką jedną platformą na S. Jak jej tam? Spartan? Sacrilegiousnesses? Nie, coś z parą. Aaa, Steam. Pierwsze wrażenia opisałem w 2004 roku na grupie pl.rec.gry.komputerowe w sposób następujący, pod nagłówkiem „Zastawkoza albo Half-Life 2 Demo i ja”:

Heh, nie miałem kłopotu, ściągnąłem sobie demo HalfLife2 (w jakie pięć godzin, cóż, uroki dzielonego łącza).

Demo miewa około 750 MB, więc stwierdziłem, że przed instalacją posprzątam jaką partycję. Wyciąłem dwie gierki, zrobiło się 3,5GB wolnego. Zapuszczam exeka, podaję mu katalog docelowy. „Masz za mało miejsca na dysku, zwolnij dodatkowe 350 MB”. Inna partycja: „Masz za mało miejsca na dysku, zwolnij dodatkowe 350 MB”. Ki diabeł? – myślę – czyżby instalator głupiał przy zbyt dużej ilości miejsca na dysku? Partycja C: (gdzie nie lubię instalować gier, ale niech tam): „Masz za mało miejsca na dysku, zwolnij dodatkowe 1150 MB”. Przejrzałem partycje, na jednej było ponad 5GB wolnego. Wpisałem. Poszło. Patrzę, instaluje się Steam. Ech.

Po kilku dłuuugich chwilach uruchamia się update Steama i zatrzymuje na 0%. O ssso chhodzi? Demo wyszło bodajże wczoraj, już update potrzebny? Zerkam na dysk. O kutwa, jak mawia jeden Chińczyk w fast foodzie. Ono zajęło mnie 3,6GB. Demo? Zawierające 1,5 mapy w podskokach? Arrrgh.

Po jakichś 20 minutach na 0% wpadam na pomysł, że dentysta, który jest na kablu przede mną (cóż, uroki dzielonego łącza), znowu zajął całe pasmo, bo restartowałem system w pechowym momencie. Kolejny restart, udało się wypchnąć dentystę. Update Steama poszedł (nawet błyskawicznie). Szukam ikony dema HL2. Jasne, jak wiatru w polu. Jest tylko Steam, którego po chwili zauważam też na trayu. PPM-em go. Jest opcja Play, sursum corda! Utwórz konto? Ehm… No mogę, mam już ich sto fur beczek piasku, może być jeszcze jedno. Powpisywałem, utworzyłem. Wyświetlił się ekranik z obrazkiem i napisem „Jeśli chcesz zagrać w demo HL2, _kliknij tutaj_”. No to klikam w ten link jak małpa pożądająca banana i nic. Steam won. Wróć. Play. Jakieś menu z sześcioma czy siedmioma tytułami, z których żadnego nie posiadam (no, prócz dema HL2). Klikam na opcję „demo HL2”. URUCHAMIA SIĘ. Powstrzymuję hosanny i alleluje, ale załadowało się szybko.

New game. Aaaa. Ładne. Dużo można zrobić (np. urwać słuchawkę od telefonu). Czemu oni mnie biją, jak ja nawet nie mam czym oddać? Parę zakrętów, kawałek miasta, dwie drabinki, koniec poziomu. Tzn. półpoziomu. Ravenholm się wgrywa. Dalej ładne, a nawet powiedziałbym bardzo (na ile moje spocone jak mysz pod miotłą GF4 Titanium wydoli). Amunicji jak na lekarstwo. Łom najlepszym przyjacielem człowieka (wolnego, ang. Freeman). Pół godzinki spacerów, rozglądania się, i konwersacji z popem, przerywanych incydentami z gruchołebami. Cerkiew. Epizod typu Custer’s last stand (ładny pomysł). Idziemy do kopalń. Koniec.

Panowie z Valve (ang. „zastawka”, taka w sercu), nie tędy droga. Proporcja mitręgi do zabawy jest w waszym dziele, zwłaszcza w wersji demo, zdecydowanie niekorzystna. Aczkolwiek sama gra jest sympatyczna wielce i podobała mi się (przynajmniej kawałek z dema) o wiele bardziej niż Half Life jedynka. Ale:

– „loading”… „loading”… „loading”… „loading”… (kawałki poziomów naprawdę mogą być dłuższe, sprawdźcie panowie w innych grach*),

– pancerne żarówki,

– pancerne okna,

– pancerne sznurki i kable,

– płotki z siatki i ścianki z desek wytrzymujące wybuch granatu tudzież beczki z ropą,

– gra jest typu „one way street”.

* Nie licząc Deusa 2 i Thiefa 3, rzecz jasna.

Reasumując: poczekam na przecenę albo jaką promocję.

Powyższy wpis jest też ciekawy pod względem specyfiki sprzętowej. Demo zajmujące 3,6 GB wydawało się w 2004 roku nieproporcjonalnie duże. Dziś gry liczące 50 razy więcej nie są rzadkością. Było to też dopiero drugie moje zetknięcie się z grami wymagającymi zainstalowania zewnętrznej platformy w celu pobierania i uruchamiania gier (pierwsze miało miejsce jeszcze w latach 90. w przypadku sprzedającej gry casual firmy RealNetworks). Wszystkie te perypetie i posiadanie kuriozalnego jak na dzisiejsze warunki dzielonego dostępu do Internetu wpłynęły raczej negatywnie na moją chęć zagrania w pełną wersję HL2. (Tak przy okazji, ów dostęp opierał się na sztywnym łączu podciągniętym do pierwszego domu przy ulicy. W tym domu ustawiono router, a stamtąd pociągnięto kable do poszczególnych posesji – wadą tego rozwiązania było np., że babcia dentysty, wycierając kurze, robiła routerowi restart albo w ogóle go wyłączała, co rzecz jasna odcinała od sieci wszystkich nieszczęśników korzystających z tego rozwiązania).

Dopiero zdecydowana akcja Krzyśka Makaruka (pozdrowienia!), któremu też zawdzięczam uzależnienie od „World of Warcraft” i który namawiał mnie intensywnie, a nawet korzystając ze swoich kontaktów zamówił w moim imieniu blaszane pudło z pakietem obejmującym m.in. wersję kolekcjonerską, zaktualizowanymi wersjami starszych gier Valve, m.in. pierwszego „Half-Life’a” oraz, oh teh joy, „Portal” (o tej grze jeszcze napiszę), sprawiła, że w ogóle się z tą grą zapoznałem na serio. I wsiąkłem.

Fabuła 1. i 2. części opiera się na bardzo nośnych w USA i niektórych innych regionach „teoriach” spiskowych o kosmitach oraz motywie naukowców igrających z dziełem bożym, którzy swoim wścibstwem i niefrasobliwością (albo wręcz chęcią przejęcia władzy) sprowadzają na świat nieszczęście. Od tego wątku straszliwie ogranego już w książkach, komiksach, filmach, serialach i grach dostaję wysypki nerwowej i użycie go nie działa na korzyść tych gier. To, co było fajne na początku lat 90. w „Archiwum X”, już pod koniec tej dekady było motywem wyświechtanym i nudnym, aczkolwiek cieszy się popularnością do dziś, patrz kuriozalny serial „dokumentalny” „Starożytni kosmici” (oglądam czasem dla beki).

W 1. części gry wspomniani naukowcy mimowolnie tworzą szczelinę w czasoprzestrzeni, przez którą wdzierają się kosmici, oczywiście krwiożerczy i wyciągający brudne macki po nasze kobiety. Bohater, Gordon Freeman, należący do najbardziej kultowych, a wg mnie najbardziej absurdalnych i niewiarygodnych (w sensie negatywnym – zaraz wyjaśnię, dlaczego) bohaterów gier i filmów, musi sobie radzić z tym wszystkim, i w tym celu przemierza strasznie wg mnie nudne i sztampowe pomieszczenia laboratoriów naukowych i baz wojskowych, a ostatecznie równie nudne i sztampowe lokacje w obcym wymiarze, gdzie daje kosmitom do wiwatu. Na koniec ginie i/lub nie ginie, bo przychodzi po niego człowiek w czarnym garniturze i z teczką, tzw. G-Man, stanowiący personifikację nie tyle śmierci czy Charona, a amerykańskiej obsesji na temat men in black (nie tych z komedii Sonnenfelda, ale podobnych).

Dlaczego Gordon Freeman jest dla mnie niewiarygodnym bohaterem? Ano dlatego, że to jest nerd, jak wskazuje jego background. Naukowiec oderwany od życia, doktor fizyki teoretycznej z M.I.T., którego bohaterami dzieciństwa byli Einstein, Hawking i Feynman. Czy to są rzeczy dla zdrowego amerykanskiego menszczyzny? Przecież wiadomo, że chłopięcym idolem powinien być co najmniej Superman, ewentualnie Batman, a obszarem zainteresowania nie mechanika kwantowa, a anatomia praktyczna zgłębiana dzięki cheerleaderkom szkolnego zespołu futbolowego, baseballowego albo przynajmniej koszykowego, którego gwiazdą zresztą ów młodociany Amerykanin powinien być. Ćwiczyć powinien tężyznę fizyczną, a umysłu nie przeciążać, bo i tak jest on jego słabym punktem.

I teraz ja mam uwierzyć, że ten nerd, mięczak, zabiurkowy gryzipiórek (tacy chociażby biolodzy ewolucyjni to przynajmniej wspinają się po górach albo nurkują w morzach, acz zajmują się bezbożną fikcyjną ewolucją, horrendum), który pierwszy raz wziął broń do ręki w samouczkowej części gry, stacza i wygrywa heroiczną walkę ze zgrają kosmitów uzbrojonych po zęby albo to, co mają zamiast zębów? Na litość, toż ten facet znalezionego w domu pajączka poszczułby swoim kotem, a na widok myszy wskoczyłby z piskiem na kuchenny stół! Bujać to my, ale nie nas.

Należy jednak odnotować typowo amerykańskie drwiny z naukowców w HL2, kiedy to wszyscy gratulują Gordonowi udanej pracy asystenta naukowego, podczas gdy jednym jego zadaniem było wpięcie wtyczki do gniazdka i przerzucenie przełącznika.

W „Half-Life 2” wyciągnięty przez G-Mana ze stazy Gordon trafia na Ziemię, jak w „Trzech Muszkieterach”, dwadzieścia lat później. Ziemię opanował tzw. Kombajn, to znaczy nie Bizon, tylko Combine, międzywymiarowe kosmiczne imperium wyciągające swoje brudne macki po itd. Istnieje na Ziemi ruch oporu, ale bez Freemana nie da rady, bo on już choćby z racji nazwiska jest Fremenem i kosmiczne czerwie mu niestraszne. Przemierzamy więc różne miejscówki, głównie City 17 będące nawiązaniem do tajnych ruskich miast, w których Sowieci prowadzili różne bezbożne eksperymenty (do tego wątku historii nawiązuje też dobra polska taktyczna turówka „Gorky 17” z 1999 roku) i jego okolice. Na końcu gry owo miasto wylatuje w powietrze, co jednak jest tylko wstępem do dalszego ciągu przedstawionego w minigrach stanowiących namiastki prawdziwego dalszego ciągu: „Half-Life 2: Episode One” i „Half-Life 2: Episode Two”.

I tu dotarliśmy do tego, dlaczego cenię HL2 – otóż przede wszystkim z uwagi na znakomite poziomy. Już wielokrotnie pisałem, że mnie rajcują realistycznie wyglądające lokacje. One nie muszą przypominać tego, co znamy (choć tak akurat jest po części w HL2), ale powinny wyglądać „prawdziwie”. Np. tajna baza złoczyńców nie może składać się z samych korytarzy i pustych pomieszczeń – musi mieć wystrój pokazujący, że złoczyńcy tam mieszkają, trenują i knują. Tego właśnie brakowało pierwszej części, a w dwójce mamy ulice i inne zakątki miast, realistyczne, zapchane śmieciami kanały, doki z dźwigami portowymi i innych sprzętem (jeden z najciekawszych fragmentów gry następuje, kiedy musimy sterować takim dźwigiem, aby otworzyć sobie dalszą drogę).

Oczywiście poziomy w HL2 są przeważnie liniowe i można je przejść tylko na jeden sposób, ale „łamigłówki” serwowane graczowi po drodze są całkiem interesujące. Gra szczyciła się nietypową jak na owe czasy dokładnością w odwzorowaniu fizyki, można było podnosić i przestawiać wiele przedmiotów, układać skrzynki w stosy, żeby dostać się w wyżej położone miejsca, skakać po pływających przedmiotach w celu uniknięcia porażenia prądem itp. Znalazł się w niej także gravity gun, umożliwiający przyciąganie przedmiotów i miotanie nimi.

Engine gry doskonale radził też sobie z oświetleniem, a w 2005 roku wydano „Half-Life 2: Lost Coast” – demko technologiczne pokazujące efekty HDR – i to bez obsługującego HDR monitora! Dziś już może nie robi ono takiego wrażenia, jakie wywierało kilkanaście lat temu, zarówno na graczu, jak i na jego ówczesnym sprzęcie (mój, radzący sobie nieźle z samym HL2, w „Lost Coast” wyciągał zwykle około 10 fps).

W 2015 roku ukazał się (darmowy) fanowski remake HL2 dostosowujący grę do współczesnego sprzętu, a później (chyba około 2020 przy okazji wydania „Alyx”) zaimplementowano też obsługę nowoczesnej grafiki w oryginalnym HL2, dzięki czemu gra wygląda nadal przyzwoicie. Przy okazji nie wszystkie okna i płotki z siatki są dziś niezniszczalne. Niestety we wszystkich wersjach pozostała rozdrobniona struktura poziomów, przez którą co chwila widzimy napis „wczytywanie”, a jak przypadkiem spróbujemy się w takim momencie cofnąć, to zobaczymy go jeszcze dwukrotnie. Dobrze, że są dyski SSD, dzięki którym to wczytywanie trwa parę sekund, a nie kilkadziesiąt, jak dawniej.

Serię dopełniają dwa dodatki do pierwszego HL i wspomniana gra na gogle rzeczywistości wirtualnej, „Half-Life: Alyx” (2020). W tych jednak gramy innymi bohaterami.

Na koniec wypada też napisać co nieco o firmie, która grę wydała, bo jest ona przypadkiem iście kuriozalnym. Firma Valve, czyli „zawór” (patrz rycina poniżej), została stworzona przez jednego z tytanów branży, Gabe’a Newella, i istnieje od 1996 roku, a od wejścia Steama (w 2003, pierwszego poważnego i dobrze zaprojektowanego systemu cyfrowej dystrybucji) sama wydaje swoje produkty. Co prawda lista stworzonych przez nią gier obejmuje około 30 pozycji, jednak jak się temu dobrze przyjrzeć, to zobaczymy, że większość z nich to po prostu kontynuacje i ulepszane wersje dawniejszych tytułów. Zasadniczo ogranicza się to do serii „Half-Life”, dwóch „Portali” (znakomite gry logiczne 3D opierające się na przechodzeniu poziomów z użyciem specjalnego urządzenia, które potrafi na większości powierzchni wytwarzać portale, parami wejściowy-wyjściowy), oraz stada kompletnie mnie nie interesujących gier wieloosobowych, przeważnie strzelanek: „Team Fortress”, „Counter-Strike”, „Day of Defeat”, „Left 4 Dead”, „DOTA”. Wszystkie te gry cieszą się ogromnym powodzeniem i często pojawiają się na zawodach e-sportowych, a dla mnie mogłyby w ogóle nie istnieć.

Niestety, nie wiadomo, czy doczekamy się kiedyś 3. części „Half-Life”, a i „Portal 3” ucieszyłby spore grono graczy. Tymczasem jednak Valve z uporem godnym lepszej sprawy walczy na rynku sprzętowym, wprowadzając kolejne produkty, które szybko zyskują najpierw status niszowych, a potem wycofanych. Po Steam Machine z 2012 roku (coś w rodzaju peceta w formie konsoli) zostały na dłużej tylko gamepady Steam Controller (ciekawostka – z haptycznymi touchpadami, płytkami dotykowymi, w miejsce tradycyjnych drążków, aczkolwiek późniejsza wersja miała też jeden zwykły drążek), też już wycofane ze sprzedaży. Po drodze był jeszcze Steam Link do grania w trybie generowania rozgrywki na zdalnym serwerze i transmitowania jej na urządzenie odbiorcy (IMHO bardzo niepraktyczne rozwiązanie). Aktualnie Valve forsuje tzw. Steam Deck, ręczno-stacjonarną „konsolę” zmałpowaną ze Switcha (tak samo posiada swój ekran oraz stację dokującą, która umożliwia granie na podpiętym telewizorze). Valve wojuje też na polu rzeczywistości wirtualnej u boku HTC, firmy odpowiadającej za headset z goglami, aczkolwiek w 2019 Valve wypuścił też własne gogle.

Pieniędzy na to wszystko Gabe ma mnóstwo, ponieważ Steam jako system dystrybucyjny jest prawdziwą kurą znoszącą złote jaja i jego dominująca pozycja na rynku będzie jeszcze długo niezagrożona. Nie są bowiem konkurencją dla Steama serwisy firm sprzedających wyłącznie własne gry (UPlay Ubisoftu, Origin EA) ani powiązane z konsolami (Xbox Microsoftu i PlayStation Sony). Poważniejszy ruch wykonał moim zdaniem dopiero Microsoft, wprowadzając abonament Game Pass, który jest bardzo atrakcyjną alternatywą dla kupowania dużej liczby gier, zwłaszcza w wersji Ultimate, obejmującej także peceta. O serwisach w rodzaju Epic i wojnie dumpingowej tej firmy ze Steamem nawet nie ma co mówić. Na pewno Epic ma dużo forsy dzięki „Fortnite’owi’ (fuj) i jeszcze przez jakiś czas będzie mógł wykupywać cudze gry na wyłączność oraz rozdawać (niezbyt nowe) gry za darmo, ale moim zdaniem Steamowi nie zagrozi. Nie jest tajemnicą, że ja życzę temu przedsięwzięciu jak najgorzej z uwagi na nieuczciwe praktyki biznesowe, szpiegowanie graczy i wciskanie fatalnej platformy sieciowej. Jak się przyjrzeć liście darmowych tytułów, które były dostępne w sklepie Epica (jest np. tu: https://gamerant.com/epic-games-store-free-games-list/), to widać, że są to głównie gry stare (kilkuletnie) albo niszowe, albo mające kiepskie noty. Wracając zaś do Valve z jego Steamem, to chyba nawet należałoby żałować, że ta platforma przynosi tak ogromne dochody. W tej sytuacji Valve nie musi wydawać żadnych gier, a Gabe może spokojnie trwonić forsę na swoje sprzętowe idefiksy. A ja to bym chciał, żeby choć część z nich przeznaczył na robienie dobrych nowych gier dla jednego gracza.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.