
Dzień 2. Dalsze spacery po Tokio
Dzień drugi tradycyjnie był męczący i upłynął pod hasłem „gotowanie na parze”. Gotowanie ludzi, tak konkretnie, a para wzięła się stąd, że – zgodnie z moim przewidywaniami – tajfun śmignął nocą niczym tajfun, nalał do miasta mnóstwo wody i ona woda w trakcie codziennego wzrostu temperatury parowała intensywnie, a my razem z nią.
Zaczęliśmy od wizyty w chramie shintoistycznym w Tokio, który tym razem wyróżniał się bardzo fajnymi, starymi i omszałymi drzewami na dziedzińcach. Obok znajdowało się Muzeum Wojny, zawierające sporo ciekawych eksponatów, przynajmniej dla kogoś, kto interesuje się historią II wojny światowej na Dalekim Wschodzie. Japończycy niespecjalnie przejmują się dziś tym, co wyprawiali w krajach okupowanych i w obozach jenieckich. Muzeum jest zrobione w stylu pompatycznym niczym za najlepszego Gierka. Nie co dzień można jednak zobaczyć autentycznego Zero, działa, samoloty, a nawet czołg z bliska.

Z muzeum pojechaliśmy na plac Hachiko, na którym Hachiko ciągle czeka i nawet ma wagon. W pobliżu kręcił się sympatyczny starszy pan-wolontariusz pomagający turystom robić sobie zdjęcia z Hachiko i rozdający dzieciom darmowe shurikeny. #JaponiaDerponia
Potem nastąpił rajd po sklepach, aczkolwiek tym razem nie kupiłem nic (dla siebie). Byłem blisko kupienia kota-jogina, ale okazało się, że w pudełku jest losowy jeden z sześciu, a mnie zależało szczególnie na tym, który jest na pudełku. Na lunch poszliśmy do sushi-baru, będącego interesującym przykładem wykorzystania technologii maglev, a przynajmniej silnika liniowego. Po lunchu pojechaliśmy do muzeum Studia Ghibli, słynącego z rewelacyjnych filmów anime, które bardzo lubię. Wizyta w tym muzeum, gdzie rezerwacje trzeba robić na pół roku naprzód, w następnym odcinku. Potem już słońce zaczęło zachodzić, więc skierowaliśmy się z powrotem do hotelu, po drodze jedynie robiąc szybkie zakupy w konbini.
Tajfun trochę narobił, chociaż bardziej dotknął lotnisko Narita, a polskie media nieco przesadzały. To jest rynna. Muzeum Wojny Niezła lufa Zero, autentyk A to dopiero lufa Typowe pamiątki z Muzeum Wojny Hełm dla konia. Tak, miał wyglądać jak derpowaty smok. Jeden z japońskich wynalazków do misji samobójczych. To coś w rodzaju załogowej bomby z napędem rakietowym. Seiko zawsze na czasie Żywa torpeda, oczywiście do misji samobójczych Projekt skafandra do misji pieszych. Czy wspominałem już, że samobójczych? Brama torii z brązu – rzadkość, bo najczęściej wznosi się je z drewna. Lądowa latarnia morska Miłorzęby Urban landscape Pan, co pomaga robić zdjęcia i rozdaje dzieciom shurikeny. Hachiko wciąż czeka. I nawet ma pociąg. Tako yoga, to jo moga (niestety nie kupiłem tego kotka, bo w pudełku jest tylko jeden, losowy). Technologia maglev w służbie ludzkości. Zamawia się za pomocą tabletu. Różne mięska z tuńczyka. Sushi bez wodorostów i ryżu też można dostać. Słońce zachodzi nad miastem. Nawet nie pytam, co.